z serii (nie) Pasi Kasi „Co ze mną jest nie tak….?”

Zachodzę w głowę, czy ja mam jakieś wygórowane wymagania, czy ja jestem jakaś dziwna i zbyt wydumana, czy pod moim łebskim sufitem, to coś co tam siedzi jest na pewno dobrze poukładane…?
A może ja po prostu chciałabym, aby moja zwyczajna osoba była zauważana nie tylko po to, że trzeba coś załatwić, w czymś pomóc z czegoś wyręczyć,
ale również dlatego, że jestem kobietą, człowiekiem, mamą mającą ludzkie, własne i tylko swoje potrzeby.

Niestety to się trochę kłóci, kiedy zestawiamy to razem do kupy
i po przeciwległych końcach bieguna  życia codziennego.

Pewnie potrzeba wyjaśnień, aby to się stało całkiem zrozumiałe, choć jestem pewna, że gdy czyta to kobieta, która do tego jest żoną a na dodatek jeszcze matką, to albo mnie zrozumie i pokiwa głową ze zrozumieniem, albo popuka się w głowę, że nie ma w mym życiu małej przestrzeni czasu i miejsca, gdzie rządzę, bywam i przesiaduję tam tylko ja…. sama ja.

Prawda jednak jest taka, że czasu dla siebie nie mam prawie wcale, jeśli nie liczyć momentów, kiedy muszę być sama, ale wtedy te czynności niekoniecznie należą do tych najprzyjemniejszych i nadzwyczaj kobiecych. Bo najczęściej jest to wizyta w toalecie. No cóż naturalna potrzeba, której jak się nie oddam, no to raczej umrę.

I tak począwszy od godziny 6.30 rano żyję po to, aby dogodzić każdemu
z osobna i wszystkim po kolei z naciskiem na nich, a nie na mnie. Mój poranek, to głównie ścielanie łóżek, szykowanie śniadań, pilnowanie aby dzieci ze wszystkim zdążyły, aby o niczym nie zapomniały, aby były na pewno ubrane, umyte, nakarmione i spakowane. A kiedy już mam tą pewność, mogę w końcu w ostatnich minutach klapnąć na narożnik, pochłonąć śniadanie na prędce, by równie szybko wybiec do pracy.
Koniec końców, ubrana jestem jak zwykle w dżinsy i mało atrakcyjne bluzki, rzadko spędzam jakikolwiek czas przed lustrem, chyba, żeby tylko spojrzeć, czy sińce pod oczami przysłaniają mi świat, czy jakoś takoś to będzie.
Nie pamiętam kiedy ostatnio umalowałam się do pracy. Ostatnio w ogóle tego nie robię, bo nie mam czasu.
Ciekawa jestem tylko, dlaczego kiedy muszę być wcześniej w pracy, nasze dzieci potrafią zrobić to wszystko co robię ja rano, wyrobić się w czasie,
a jedyne co czasem może się zdarzyć to to, że nie zabiorą śniadania.

Potem walczę w pracy, a tej jest co raz więcej, więc i czasu na pierdoły ciężko znaleźć. Ostatnio kawę robię tylko w dni pojedyncze a nie codziennie, bo nie mam czasu. Bywa, że kiedy konsumuję kanapkę, zajrzę tu i ówdzie, napisze coś do MMŻ, a kiedy nie odpowiadam zbyt długo, zaraz jest panika, zatem muszę raczej na bieżąco. A przecież mogłabym wtedy przy 5 minutach jedzenia kanapki, pooglądać bluzki, kosmetyki lub zakupić coś dla siebie. W końcu nie tylko pracą człowiek żyje.

Kiedy wracam do domu, w głowie układam misterny plan, który zawiera
w zależności od dnia tygodnia plan zajęć dodatkowych, wynikających z bycia mamą, żoną, ale niestety nie kobietą. Bo przecież jak można czuć się kobietą, myjąc kibel, odkurzając, chodząc na spacer z psem, goniąc za kolejnymi sprawami, lub też stojąc nad garami z obiadem na najbliższe kolejne dni.

I żeby była jasność, zanim dokończę.
Ja wiedziałam z czym wiąże się bycie żoną, matką, członkiem rodziny. Ale kiedy stawałam się tym wszystkim powyżej nie było mowy, że stracę kobiecość, prawo do tego aby pobyć sama ze sobą, aby zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie.

I ja wiem, że w większości przypadków wynika to z faktu, że przyzwyczaiłam moich członków rodziny do tego, że ja nie choruję, nie jestem zmęczona, nie może mnie nic boleć, mam mnóstwo czasu dla nich, a ja to tam na końcu. Dlatego na końcu idę do kąpieli, jestem na końcu kiedy MMŻ decyduje co będziemy oglądać wieczorem, jestem na końcu kiedy np. chciałabym iść do kina, do kawiarni, na koncert czy do teatru.
Co ja bym dała żeby usłyszeć, „Co oglądamy Kochanie dzisiaj?” „Kochanie, a może kino w sobotę?”, „Myszko, a może skoro ja w tym tygodniu jadę na cały dzień do garażu, ty jutro spędzisz czas sama ze sobą, a ja się wszystkim zajmę?”, „Dzieciarnia, proszę teraz organizujemy sobie czas, bo mama marzy, aby poczytać” „Żabko, to ja zorganizuje czas dzieciakom, pójdziemy na spacer z psem, a ty tu sobie zalegnij na narożniku i odetchnij w ciszy”.

Marzenia.

Czy to na prawdę jest możliwe, aby moje potrzeby i pragnienia stały się równie ważne, dla MMŻ, jak dla mnie istotnym jest, aby wymoczył bolące stopy, obejrzał swój ukochany wyścig, mógł zobaczyć ulubiony program, aby oglądany film wieczorem był jego ulubionym, aby miał możliwość wertować ulubioną gazetę, aby nie musiał martwić się obiadem, dziećmi i niczym jeśli boli go głowa, kiedy dbam by nic nie wydawało z siebie dźwięku, gdy ma migrenę, albo musi odespać męczący tydzień.
Ja pierdzielę, czy tak trudno zrozumieć, że ja też chciałabym coś obejrzeć i nie koniecznie tylko odcinek ulubionego serialu w telewizji.  A skoro już godzimy się na mój film, to nie stękamy co scenę, lub odpływamy znudzeni, bo nie film akcji, a dramat życiowy.
Czy tak trudno przejąć ster w domu, zarządzić szykowanie kolacji, kiedy to ja mogę zwyczajnie pogapić się w w telewizor i pomoczyć również bolącą stopę. Stopa boli też na własne życzenie, bo kiedy były pieniądze na jej operację,
na horyzoncie pojawiła się potrzeba syna na naprawę zgryzu. Nie ulega też wątpliwości, że ważna, ale czy za to nie można zadbać by zaniedbana w ten sposób stopa mnie bolała..?

Bo ja tak krążę, krążę, ale mnie głównie chodzi o to, żeby docenić to co ja robię i w ramach wdzięczności i zrozumienia okazać mi tą empatię i zrozumienie,
że moja cera jest coraz starsza i wymaga zabiegów pielęgnacyjnych, że moje potrzeby seksu nie kończą się jedynie, na męskim głodzie i ego, ale również
na tym by znaleźć czułość, bliskość, oddanie i spełnianie również moich zachcianek. Bo ja też chciałabym poczytać książkę, nie tylko wtedy kiedy siedzę na klopie. Że powinnam się pomalować, by spoglądając w lustro rano, czy tez później w pracy nie mieć wątpliwości, że jestem jednak kobietą. Ja już nie wspomnę o szafie, nie odświeżonej od roku bądź dwóch, bo ciągle inne szafy mają prawo pierwszeństwa, a na moją zwyczajnie brakuje czasu i kasy.

Dobra. Żeby nie było. Marudzę i krzyczę o swoje. Bo kiedy próbuję zasygnalizować to MMŻ to on reaguje jakby wysypką, złością, nerwami.
Bo MMŻ zaraz widzi tylko jeden scenariusz, a mianowicie, to, że ja się jak zwykle czepiam. A ja się nie czepiam i nie próbuję mu powiedzieć jaki jest beznadziejny, ale pragnę wykrzyczeć, że ja też jestem członkiem tej rodziny, mam prawo do czasu dla siebie, mam też prawo do tego, aby coś zostało załatwione niekoniecznie z moich udziałem.
Bo w końcu wizytę u lekarza stomatologa można przełożyć sobie samemu, dlaczego wyręczać się mną?? Bo tak jest prościej, łatwiej, wygodniej? Bo ja nawet jak po marudzę to i tak to zrobię. A zdaniem MMŻ zrobię to najlepiej. Błagam.

A dziś usłyszałam, że skoro nie doceniam tego co mam, to mieć tego nie będę.

Taaaaaaaaaaaa

Ciekawe, kto straci więcej, gdy ja nie zrobię wszystkiego tego co robię. Zaprzestanę rodzinnej logistyki, która pomoże wszystko zaplanować
i o niczym nie zapomnieć. Oddam w dobre ręce prowadzenie finansów domowych, aby zobaczyli jak to jest zarządzać czymś co się ma i na wszystko wystarczyło. Wszystkie dodatkowe premie przeznaczę na siebie i swoje zachcianki, a nie na kogokolwiek i cokolwiek innego. Będę myśleć tylko
i wyłącznie o sobie, jak będę chciała będę robiła to na co mam ochotę, a jak nie będę chciała, to nie będę. Nie wyprasuję. Nie upiorę. Nie posprzątam. Nie ugotuję obiadu w niedzielę. Nie obejrzę filmu a zagłębię się w książkę. Nie będę odkładać wszystkiego co ze mną związane na później, na jutro, na po wypłacie.
I kiedy już to wszystko i inne mnóstwo rzeczy zrealizuję z naciskiem na ja, wtedy może będę bardziej zadowolona, dostrzeżona i bardziej uśmiechnięta.
Ale pewnie dostanę garść pretensji, dlaczego to coś co się działo, się nie dzieje.

A i jeszcze nie dodałam, że kiedy te wszystkie rzeczy, które robię i wykonuję
z naciskiem na wszyscy, ale z zapomnieniem na ja i czasem bywam tak zmęczona, że zgubię uśmiech, a skupienie by o niczym nie zapomnieć wykrzywia mi twarz, a do tego mało atrakcyjny look w lustrze, kiedy na siebie zerkam, sprawia, że kaprys wdziera się na mój Face…., padają sakramentalne pytania „Dlaczego jesteś zła?” „Dlaczego masz taką minę?” „Dlaczego mnie tak traktujesz??” „Co ja ci zrobiłem??”

No kyrwa jestem zła, bo kyrwa wyglądam jak wyglądam. Z zazdrością zerkam na zadbane koleżanki w pracy ( a bywa, że i kolegów, którzy maja lepszy look niż ja), ich świetne ciuchy, ich perfumy i pomalowane oczy i planuję w złości kolejny pracowity dzień i weekend w domu z serią cudownych obowiązków zadań, spraw, z brakiem chwili dla siebie.

Mam taką minę, bo jaką można mieć, kiedy odbicie w lustrze przypomina mi
o tym jak bardzo jestem zaniedbana, a w końcu kobieta powinna czarować, omamiać urodą.
Ostatnio wyglądałam lepiej gdy tylko raz na jaaaaaaaaaaaaaaaaaaakiś długi czas wyciągnęłam na siłę MMŻ do kina.
A już dobija mnie słuchanie, że nie wyglądam jak kobieta, bo czasem tylko okres przypomina mi o tym fakcie, albo o tym, że kiedyś wyglądałam świetnie, kobieco, apetycznie, a teraz…. delikatnie przemilczane.

Kyrwa moja mina odzwierciedla fakt iż wołam o swoje, ale głuchota dopada!!!! Niechęć słuchania, że ktoś ma potrzeby, tak jak każdy. A tylko innych potrzeby są spełniane, a moje nie!!!!

„Dlaczego mnie tak traktujesz??” Ale jak?? Dbam. Pielęgnuję. Troszczę się. Myślę o tobie, robię dla ciebie, pod ciebie i z myślą o tobie. Więc nie zadawaj mi takich pytań. Bo ja nie pamiętam kiedy ostatnio dostałam kwiaty bez okazji. A to, że kobiety kochają biżuterię też wiadomo nie od dziś.

MMŻ robi bardzo wiele, tak to prawda.
Odkurzy. Zrobisz kanapki. Umyje okna. Zrobi zakupy. Naprawi coś w domu. Czasem tylko zapomina MMŻ, że ma w domu kobietę i człowieka, który jak on, czy nasze dzieci ma swoje potrzeby, pragnienia i czasem chciałaby tylko
o sobie, dla siebie.

I tak na koniec powiem jedno, ale najważniejsze.
Kocham MMŻ, pomimo tego, że on czytając to pewnie powiedziałby „Ty jesteś bardzo nieszczęśliwa!” „Musisz poszukać sobie kogoś innego, lepszego” „Znowu się mnie czepiasz, masz stek pretensji”. W końcu słuchanie takich rzeczy też sprawia przykrość. Mogę to jednak tłumaczyć to tak, że mówi tak, bo się przejmuje, ale nie potrafi inaczej, lepiej tego okazać, tylko poprzez złość.
Jak długo jednak wszystko można w ten sposób tłumaczyć, dlaczego choć raz na jakiś czas nie mógłby zareagować „Tak Kochanie masz rację, zdecydowanie powinnaś, musisz zadbać o siebie, a ja Ci w tym pomogę, abyś przy mnie była szczęśliwa bardziej”.

Kocham moje dzieci, które rozrabiają i bywają na prawdę zmierzłe, a ich fochy psują mi humor każdego dnia.
Kocham ich i doceniam, że są jacy są.

Nasuwa się jednak pytanie, czy oni tak samo w pełni doceniają to, co mają….dzięki mnie, przeze mnie i dlatego, że właśnie ja, jestem z nimi.
I nie przez jeden dzień od święta, tylko od dzisiaj po trochu codziennie, tak jak ja po trochu codziennie oddajemy im każdemu z osobna, cząstkę siebie, kosztem swym.

Więc czy ze mną jest coś nie tak…..?

2 myśli na “z serii (nie) Pasi Kasi „Co ze mną jest nie tak….?”

  1. Ależ z Tobą jest wszystko w porządku! Tylko za dużo na siebie bierzesz. Znam Cię – tylko tak jak Ty zrobisz będzie dobrze, jesteś perfekcjonistką, a powinnaś być trochę egoistką…..
    Nic się nie stanie jak w niedzielę Ty pójdziesz na kijki, a rodzina na obiad zje…kanapki? mrożoną pizzę?? Więcej – sami mogą to zrobić!
    Dzieciaki nie są już malutkie i sami mogą ścielać łóżka, zmywać, rozpakować zmywarkę, zrobić zakupy! Ty wracasz z pracy a ziemniaki już obrane, makaron ugotowany, mieszkanie odkurzone….
    Ty powinnaś rozdzielać zadania, a nie wszystkie sama robić.
    I daj swoim najbliższym przestrzeń, żeby mogli się wykazać co potrafią, a jestem pewna, że potrafią wiele….
    Pamiętaj, wcale nie musi być idealnie…..ma być dobrze. Wystarczająco też jest OK. Nie nauczą się, jak nie dasz im szansy. Również szansy na popełnianie błędów.
    Tulam mocno :* :* :* <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.