z serii (nie) Pasi Kasi „multi multi”

Pamiętam swoje wizyty w kinie, chadzałam tam najczęściej z Tatą.
Kino w naszym rodzinnym mieście, jak wiele kin w tamtych czasach,
z niewygodnymi krzesłami, paniami tymi samymi przez lata, które wymiennie albo sprzedawały, albo sprawdzały bilety, z kroniką filmową przed projekcją, kolejką do samych drzwi wyjściowych, aby zdobyć bilet na film, który akurat wtedy grano. Klimat. Dla wszystkich młodszych dopowiem, że kiedyś w kinie grano jeden film na miesiąc, góra dwa, dla wszystkich i dla dorosłych.
Nie było automatów z popcornem i wszystkich tych kubków z napojami, maskotek, naczosów, czy chipsów. Nic z tych rzeczy.
(Moja mama mojemu Tacie robiła kanapki, gdy chodzili na maratony filmowe.)
Takie było kino kiedyś. Pan siedział w kanciapie i zmieniał rolki filmowe
na projektorach, co powodowało charakterystyczne utraty jakości (która i tak pozostawiała dużo do życzenia) obrazu i zrywki dźwięku na kilkanaście sekund, ale zachowana była ciągłość projekcji. Ja miałam jeszcze to szczęście chadzać do kina w którym na żywo czytał lektor, znajomy moich rodziców, dzięki któremu bywaliśmy w kinie częściej, bez konieczności stania w kolejce.
A kino wtedy bywało w 100 procentach wypełnione, bywało, że filmu się nie obejrzało, bo człowiek szczęścia nie miał i biletu zwyczajnie nie wystał.
Lubiłam to kino analogowe bo miało swój niezaprzeczalny urok.
Uwielbiałam te soboty, kiedy szłam do ojca na weekend, a Ten zabierał mnie
na film, który potem mogłam komentować wraz z nim w drodze powrotnej do domu. Opowiadaliśmy sobie co widzieliśmy, co dojrzeliśmy, czego się nauczyliśmy. To dzięki Tacie patrzyłam na kino sensacyjne z lekkim przymrużeniem oka, a do tego miałam szansę zobaczyć nie tylko kino akcji,
czy komedię, ale i filmy kina bardziej ambitnego.
Dlatego teraz jestem bardziej wymagająca.

Ale ja nie o tym.

Ostatnio na forum bloga narzekałam na fakt, że mamy z MMŻ mało szans,
by pobyć ze sobą sam na sam. Organizując zatem dwukrotną wizytę dzieci
w kinie przez długi weekend majowy, bo w końcu brak atrakcji, ograniczenie komputera i smartfonu, jak i telewizji, powoduje nudę, więc lepiej uniknąć głupawek, postanowiłam wykorzystać wygrane dwa bilety do kina i pojechać
z MMŻ do niedalekiej miejscowości do galerii, gdzie mieliśmy sami we dwójkę spędzić sympatycznie 2-3 godzinki, właśnie w kinie.
Tak się napaliłam na ten pomysł, że zaszalałam prysznic w środku dnia, malowanie twarzy, zwane potocznie makijażem, zmianę wizerunku i założenie czegoś innego i bardziej wyjściowego. Zrobiłam się na laskę, aż taką, że MMŻ pokłócił się ze mną przed wyjściem, że będąc tak przygotowana do zajęć kinowych, znacznie odstaję od jego stylu. Już mieliśmy nie jechać, już mieliśmy nudzić się na kanapie, ale parcie na ten właśnie film, było tak ogromne, że MMŻ przełknął dumę i obrazę, zgarnął mnie do auta i wywiózł do wspomnianego wyżej miasteczka, do wymienionej galerii, do Kina 🙂
Ucieszyliśmy się jak dzieci, jak tylko się okazało, że kody na darmowe bilety
to nie ściema i faktycznie nie zapłaciliśmy ani grosza, za to zaszaleliśmy popcornem i dużą colą, którą z łakomstwa pochłonęliśmy w 2/3 zanim zaczął się seans.

Męczące są teraz te ilości reklam, te zachęcające traillery filmów, które w 80% okazują się jedną większą sieczką kinową, bo rzadko się trafia w sieciówce kinowej dobry ambitny film. Ale znosisz te zapowiedzi, reklamy i coraz głośniejsze nawoływanie, przyjdź i zobacz, byle w końcu móc oddać się możliwości odbycia seansu w głębokim fotelu, trzymając za rękę kogoś, kogo kochasz, bez obecności Dzieciorów.

Kiedy zaczęła się projekcja odetchnęłam z ulgą, aby następnie przez pierwszą godzinę patrzeć na coś, co sprawiło, że Newton przewracał się w grobie myślę siedmiokrotnie, żadnej sceny nie potrafiłam logicznie wytłumaczyć, a fabuła ograniczała się do gry mało celowej i mało trafionej emocjonalnie.
Niby coś chcą zbudować, ale człowiekowi na koniec ręce opadają, a nie leje
się łza po poliku. No cóż, ale czego wymagać od filmu akcji. Ma być akcja, a im bardziej efektowna, im bardziej głośnia i bardziej niemożliwa do zrealizowania, tym lepiej. Przecież po to człowiek tworzy nowe technologie, stwarza komputery i samochody dla coraz głupszych kierowców, aby zrealizować coś na wzór tej ósmej części czegoś, co winno skończyć się na maksymalnie 2 lub trzeciej.

Ale ja cały czas nie o tym.

Kiedy akcja już całkiem nieźle się rozwinęła, a ja mogę powiedzieć, że jeszcze nie ziewałam, a niektóre sceny sprawiły, że wykazałam zainteresowanie finałem tej bajki dla grzecznych dzieci, zaczęły znikać napisy, które jak łatwo się domyślić mają być i są ułatwieniem dla osób, które nie umieją języka angielskiego.
W końcu jesteśmy w Polsce i ten język nas obowiązuje i choć czasem mam wrażenie, że drugim urzędowym i narodowym jest wymuszony angielski,
to jednak błagam o odrobinę szacunku dla Polaków.
Na początku sądziliśmy, że to jakiś błąd w tłumaczeniu i mniej istotne dialogi pominięto, ale kiedy po jakimś czasie napisy całkowicie zniknęły, lekko się zdziwiliśmy. MMŻ skomentował, że to dlatego, że bilety były darmowe,
ale kiedy napisy nie wracały, a akcja mocno zaczęła się rozwijać, postanowiliśmy obydwoje przełączyć w opcję języka obcego i bardziej skupieni na dialogach, pojechaliśmy z tym oglądaniem dalej. Przyznaję bowiem, że z językiem angielskim lub też amerykańskim większego kłopotu
w zrozumieniu nie mamy, a dodajmy do tego, że filmy akcji nie mają zbyt głębokiego języka, zatem zrozumienie prostych dialogów, nie było skomplikowane.
Widziałam jednak kątem oka coraz większe zniecierpliwienie sąsiadujących
z nami osób w kinie, i stojąc po prawości życia, postanowiłam wybiec na dół
i podpowiedzieć, że coś im nie działa.
Jedna Pani, która wpuszczała do kina kolejnych szczęśliwców chcących dzień wolny spędzić odmiennie, została przeze mnie poinformowana, że na sali numer 2 nie ma napisów, popatrzyła na mnie błędnym wzrokiem,
nie wykazując obok tego żadnego głębszego zainteresowania.
Sądziłam, że młoda osóbka potrzebuje więcej czasu na przetworzenie tak trudnej serii słów, więcej czasu na dostarczenie danych słownych do ośrodka mózgowego, a na pewno liczyłam na to, że za chwilę zdarzy się cud.
Niestety istota informacji i obowiązek w postaci wpuszczania kolejnych osób na salę kinową, spowodował iż informacje zaginęły w czeluściach umysłu młodej damy i nadal byliśmy zmuszeni oglądać film bez napisów.
Po chwili zirytował się kolejny uczestnik tej farsy i tym razem Pan wybiegł, pewnie robiąc większy hałas niż ja, drobna osóbka.
W wyniku wspomnianej pewnie głośniejszej awantury, pojawiła się Pani
z obsługi kina, stanęła na dole sali i wlepiając się jak sroka w kość, czyli w ekran przez dłuższą chwilę chyba próbowała ustalić, czy aby nie robimy jej w konia. Film biegnie, skupienie coraz mniejsze, bo bardziej cię irytuje to, że nadal nie działa, tak jakbyśmy tego chcieli, oczekiwali i zapłacili, a do tego wszystkiego reakcja osób z kina jest  żadna.
Wiedząc, że do końca filmu pozostało może jakieś ostatnie 20 minut, przestaliśmy oglądać się na cokolwiek a bynajmniej kogokolwiek
i postanowiliśmy dotrwać do końca.

I wtedy zdarzyło się najfajniejsze. Kino zamieniło się w salę do odsłuchu słuchowiska. Zgasł obraz na ekranie i słyszeliśmy jedynie tylko dźwięki, nadal tylko w języku angielskim. Sama zaczęłam bić brawo, bo nie ma co, impreza kinowa zaczynała się rozkręcać. Brakowało mi jeszcze kolorofonów, dobrego drinka i muzyki zamiast dźwięku filmu.
Biłam brawo bynajmniej nie dlatego, że podobała mi się impreza, ale dlatego, że zaskakującym było dla mnie, że firma z taką tradycją, mająca kina w całej Polsce, pozwala sobie na takie wpadki.
Rozumiem, że mogło coś nie zadziałać tak jak trzeba, rozumiem, że maszyny mają czasem złe dni, że soft nie taki, przegrzanie, czy inne, ale dlaczego
w trakcie odtwarzania filmu nikt tego nie kontroluje i w przypadku takowego zdarzenia, nie reaguje natychmiast?? Przecież nawet zatrzymany nagle film
i puszczony z powrotem z tego samego miejsca, ale poprawnie, sprawia,
że tracimy ok. 5-10 minut filmu. Kiedy jednak czekamy pół godziny
i doprowadzamy do całkowitej utraty wszystkiego z wyjątkiem oryginalnej fonii, sprawiamy iż klient wkurzony, że pół godziny ogląda, a na koniec nawet tego nie robi a nikt nie reaguje, wychodzi z kina nie widząc zakończenia filmu, będąc stratny najważniejszego.
Do tego Pani Menadżer, która daje przykład zachowania bardzo nie profesjonalnego, gdyż w odpowiedzi na oburzenie słuszne mniej lub bardzie klientów, krzyczy z dołu oburzona, że oczywiście odtworzy film od momentu kiedy się zepsuło (ale skąd będzie to wiedziała, skoro nie kontrolowała tego wcześniej?) albo zaprasza do kasy po odbiór kasy. Jej zachowanie sprawiło, że ludzie nie chcieli już siedzieć dłużej i choć pozostał niedosyt, oburzeni z kolei jej zachowaniem zaczęli biec w kierunku kasy.

Nasza pierwsza reakcja na tą całą sytuację, to głupkowaty śmiech.
No bo szykowaliśmy się na całego, był lans i te sprawy, a tu taki finał, można by powiedzieć przedwczesny. Para w gwizdek, choć przed chwilą witałam się z gąską.
Na koniec jednak pojawiła się złość i wściekłość, bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie widzieliśmy finału filmu. Kyrwa.

Otrzymaliśmy oczywiście zwrot darmowych biletów, możemy je wykorzystać znów w kinie do końca roku. Cóż z tego….?
Jedyny plus to fakt iż Pani w kasie, pierwsza miła i sympatyczna, powiedziała przepraszam, i choć niesmak nadal pozostał, to złagodniał w odpowiedzi na uśmiech dziewczyny .

I powiem teraz to, co nasunęło mi się, gdy pisałam pierwsze zdania tego postu. Ludzie być może narzekali na kino kiedyś, na małą ilość filmów, na brak biletów  w kasie, na przerwy w projekcji i niewygodne krzesła, ale kyrwa nigdy nie zdarzyło się, aby taka awaria przerwała projekcję.

Pracuję tam gdzie pracuję, ale wiem jedno, że odkąd świadomość ludzi
na jakość wzrosła, to pakuje się ją wszędzie, chcąc być najlepszym.
Kino takie jak to gdzie dziś byliśmy, stara się ukraść klientów konkurencji,
bo umówmy się żyją i funkcjonują dzięki nam, ludziom, którzy chcą chodzić do kina.
Przy tak rozwiniętym internecie obejrzeć film nagrany na sali kinowej w dniu premiery co z tego, że w słabej kopii po dwóch dniach nie jest sztuką.
Ci jednak, którzy popierają legalną kulturę, albo traktując wizytę w kinie podobnie jak my, czyli święto w domu Gucia, chcieliby móc się cieszyć jakościowo dobrym towarem, a jak powiedział kiedyś mój dobry znajomy, dostać „gówno w celofanie”. Zdecydowanie większą uwagę nie należy zwracać na ilość popcornu, czy maskotek, lub kubków, ale na to, co jest główną usługą kina, czyli wyświetlaniu filmów. Szczególnie, że nadal niestety, to bardzo droga impreza dla dwojga, a co dopiero jak w naszym przypadku czteroosobowej rodziny.
Ostatnio mi też przyszło do głowy, że nadal nie ma udogodnień, dla tych
co mają kłopot z odczytaniem napisów, a mogliby pójść na film z napisami
do kina. Przecież kiedyś lektor siedział w ostatnim rzędzie z małą biurową lampką przy maleńkim biurku i czytał na żywo. Czymże zatem jest, przy obecnej technice, udostępnienie słuchawek z czytającym lektorem w tle….?

I jeszcze jedna rzecz, na którą zawsze będę zwracała uwagę i której nie da się już nauczyć, a mianowicie kultury w kinie. A o kulturze, to ja mogłabym godzinami.
Wchodzenie w trakcie seansu, zastanawianie się nad wyborem miejsca
po ciemku kiedy trwa projekcja właściwego filmu, rozmawianie, hałasowanie itp, jest dla mnie nie do przeskoczenia i nie potrafię tego tolerować.
Bo jeśli nie potrafisz zachować się w kinie i nie potrafisz nauczyć się bycia punktualnym, nie potrafisz nie rozmawiać, co przeszkadza innym, komentować, czy też zwyczajnie przeżywać filmu bardziej dla siebie,
to nie masz poziomu kultury, który był kiedyś wymagany jako minimum dobrego zachowania wśród ludzi.

Ech Kyrwa.

Mieliśmy dzisiaj przeżycie multi multi. Szkoda tylko, że bez dobrego
i w ogóle zakończenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.