z serii Pasi Kasi „nowy start”…. 16 latka :)

Nasz Syn ostatnio ma bardzo ciekawe zajęcie, a mianowicie z ogromną skrupulatnością odmierza czas do „nowego startu”. Ma to związek z jego planami dalszego kształcenia i przeprowadzką do Miasta Królów, celem pogłębiania swej edukacji, mam nadzieję głównie związanej ze szkołą 🙂
On cieszy się jak wariat, ale czy to rzeczywiście nieskrywana radość do końca?

Tak sobie go bowiem obserwuję i myślę, że do końca to chyba nawet On nie wie jak jest, ale co człowiek wie mając 16 lat? czego jest pewien i co wie na pewno?
Na pewno nie znosi trujących ciągle i irytujących do kwadratu rodziców.
Na pewno nie znosi wszystkich tych obowiązków, których lista z każdym miesiącem się powiększa.
Na pewno wkurza go siostra wyglądająca z każdego konta domu, chcąca go pochłonąć w całości trzy razy, żeby na zaś wystarczyło.
Na pewno irytuje go obecna szkoła, bo cóż może go jeszcze po 3 latach zaskoczyć, a tym bardziej zaciekawić na tydzień przed końcem roku.
Na pewno nudne jest to czekanie i liczenie tych dni, bo mogłoby już nadejść
i przynajmniej to miałby już za sobą.

Na razie boryka się z dokumentami, których jest strasznie dużo, terminy gonią, kalendarz wypełniony po brzegi, tyle pamiętania, tyle załatwiania, o Boże.
A przecież do tej pory wszystko jakoś się działo…? Dlaczego teraz kosztuje to tyle czasu, zachodu?
Do tej pory chcieli ode mnie tak wiele i tak niewiele zarazem. Ucz się, chodź do szkoły, wypełniaj napisane plany i nie rób głupot. A teraz… papiery, terminy, pamiętaj, jedź załatw, rozmowy kwalifikacyjne, spotkania, podania, oczekiwanie i ta cholerna niepewność.

Czy dostanę się do bursy, którą sobie wymarzyłem?? czy dostanę się do szkoły?? Czy uda mi się uciec z domu??

I choć może mnie ta kwestia trochę dotyczy, ale nie do końca, bo część spraw zwalam na niego ( w sensie Syna oczywiście), żeby miał szansę dotknąć i przekonać się, że aby coś się wydarzyło, wymaga to trochę zachodu, czyli aby pójść i uczyć się w szkole w Mieście Królów, to niestety tym razem pakietu na tacy nie będzie. Nie będzie gotowca, ani ściągi. Koniec.
Chcesz być dorosły no to pacz. (właściwie patrz).

No bo jak nauczyć go samodzielności, jak ciągle się za niego pewne kwestie dokonuje, wykonuje, załatwia.

 

Linia startu nabiera rysów. Mamy wybrane szkoły, po trzy w każdym miejscu, taka rozpusta.
Mamy wybrane bursy, do których sukcesywnie wysyłamy wnioski, podania, kwestionariusze, umawiamy się na rozmowy kwalifikacyjne.
Mamy nawet mały zarys, jak to życie będzie tam wyglądać.
Wiemy, że głównym zadaniem to nie zginąć, uczyć się, zmieniać skarpety
i pamiętać zadzwonić raz na jakiś czas do rodziców i sprawić, żeby nie mieli powodów do nerwów, bo żyć tym bardziej nie dadzą i jeszcze każą wracać.

Czy rodzice sobie to poukładali? ja się staram z całych sił, MMŻ omija temat, bo jak tylko się pojawia to razem z nim wielkie powątpiewanie. Ale ono nie wynika z faktu braku wiary w Syna. Myślę, że wiara i duma jest przeogromna, ale wielka jest też walka, aby synek nadal był synkiem a nie młodym facetem, który postanowił wykonać wielki krok w dorosłość. Najtrudniejsze bowiem jest to, aby uwierzyć, że to małe, staje się większe i dorosłe i pójdzie samo w świat kuć swój los.

Przecież kompletnie nie wie, z czym to się je, w sensie tą dorosłość.
Myśli, że wie, bo obserwuje, patrzy, zapamiętuje, ale do końca nie ma pojęcia na czym to do końca polega. Dlaczego? Bo my starzy wyjadacze też nie wiemy :).
Ale właśnie dlatego, że nie wie, postanawia spróbować. Niech próbuje. Najbardziej raduje próbowanie.

Tylko co jeśli owoc wiszący na drzewku życia okaże się niedojrzały, gorzki
i niesmaczny? Nie spełni oczekiwań pokładanych w nim przez chłopaka stojącego pod drzewem? Co jeśli kolory owocu, są jedynie przykrywką i oddają gorzki środek na wzór gówna w celofanie? Co jeśli okaże się, że tęsknota
za wygodą domu będzie większa niż chęć bycia gdzieś w oddali?
Co jeśli okaże się nie tak zdolny i nie tak ambitny jak myśleliśmy?

Nie przekonamy się, dopóki nie sprawdzimy.

Czy chłopak umiejący zmyć naczynia, wyprasować swoje rzeczy, zrobić sobie kolację, załatwić proste sprawy dla domu, potrafiący sprzątnąć, zrobić opatrunek i parę jeszcze tam drobnych rzeczy, będzie umiał zadbać o to, aby kasy mu nie brakło do końca tygodnia, będzie umiał zadbać sobie o zapas wody, o to by spodnie były w miarę czyste, nie mówiąc o bieliźnie, wyprasowanej koszuli na ważne okazje i takie tam?

Czy chłopak tak pochłonięty chęcią bycia dorosłym nie pójdzie w złą stronę tej dorosłości, gdzie używki, złe towarzystwo, alkohol, używki, seks…

I tak sobie patrzę od kilku dni i tak sobie obserwuję i stwierdzam, że Młodemu odpalił w jego oprogramowaniu mały pakiet zwany paniką.
Chce, ale boi się, czy aby na pewno sobie poradzi. Nie przyzna się do tego, bo wstyd będzie, a jeszcze zaczną ciągnąć żeby nie jechał i został.
Chce, ale ogarnia go przerażenie, czy w bursie jest lodówka, czy są tam obok jakieś sklepy…? Pewnie zachodzi w głowę, czy trafi na jakiś fajnych kumpli, czy też na jakieś świry i nieznośne gnojki. Na swój poziom intelektualny, czy też niższy, albo nie daj Boże wyższy.
Czy jak będzie miał kłopot z czymkolwiek, to czy będzie mógł zadzwonić
i zapytać o pomoc, nie wzbudzając tym paniki wśród rodziny, że na pewno nie radzi, dlatego dzwoni i zdecydowanie powinien wracać.

Młody walczy. Widzę to i czuję. Wcale bym się nie zdziwiła, jak w jego głowie pojawia się również opcja wycofania się z tego wszystkiego.
Dodam, że pewnie nigdy tego się nie dowiem, ale kto wie, czy już sobie nie przygotował przemówienia w stylu: „Kochani tak sobie myślę, że nie chcąc sprawiać Wam przykrości lepiej będzie jak jeszcze te trzy latka z Wami zostanę” w życiu nie przyznając się do faktu, że zostaje bo spanikował.

Ale czy strach nie jest naturalnym uczuciem, które będzie mu towarzyszyć nie tylko dzisiaj, ale i jutr i już przez całe życie. Bo tylko nienormalni się nie boją.
Ja też się boję każdego pojedynczego dnia, tak o wszystko, jak i również
o Niego.

A kto z nas przyznawał się rodzicom co myślał, co tak na prawdę nim kierowało, co sprawiało, że jednak w ostatniej chwili zmieniał zdanie
i robił tak jak mówili nam  że należy. Oni Rodzice. Wielu z nas.

A ile razy bywało tak, że robiliśmy jak oni uważali, bo dochodziliśmy
do wniosku, że mają sporo racji i to w sumie najbardziej nas wkurzało.

A ile razy zakazany owoc najbardziej smakował? Przynajmniej tak nam się wydawało wtedy, ale teraz pewnie z perspektywy czasu i doświadczenia postąpilibyśmy inaczej.

Musi spróbować inaczej nie będzie wiedział, jak to jest.
Może siedząc z nami na siłę, nigdy nie doceni tej cudowności życia i rodziny
w jednym domu, gdzie wszystko dzieje się wielokrotnie samo.
„W moim magicznym domku, wszystko się zdarzyć może,
Same zmyślają się historie, sam się rozgryza orzech”

Nie będę go utwierdzać w przekonaniu, że to panika, że to strach i chęć ucieczki przed konsekwencjami wyboru. Po co?? To nic nie da.
Choć rozumiem, bo to strach przed dorosłością, do której tak biegniemy, czasem na oślep, a w zasadzie strach przed konsekwencją i niewiadomą jutra.

Chcę, aby mu się udało, aby mu wyszło i aby był szczęśliwy i przekonany
co do swych decyzji, wyborów i planów.
Tej pewności nabierze z wiekiem, często się parząc, zbierając plony swych siewów.
Będę trzymać kciuki i wiem, że jeśli tylko zastanowi się dobrze i długo nad każdą ważną decyzją jest szansa, że błędy życiowe zaliczy rzadko i najmniej boleśnie. Ale pewnym jest, że na pewno życie da mu popalić, a im szybciej się o tym przekona, tym szybciej nauczy się przyjmować życiowe ciosy.

No cóż wybrał nowy start, to mamunia mu ten start urozmaici. A przecież nie jestem Matką właściwą, a tą co przejęła obowiązki i ciągle na cenzurowanym. No bo przecież zawsze dźwięczy mi w tyle głowy, że ktoś na mnie patrzy, ktoś mnie obserwuje, ocenia. Że są zdania, że to co najlepsze, to ja tylko dla swej biologicznej jedynej córki, a dla syna to wręcz odwrotnie.
Zawsze zastanawiam się, co z punktu widzenia jego Mamy, byłoby dla Niego najlepsze i odpowiednie.
Bywa, nawet bardzo często, że zadaję sobie pytanie, czy jestem taką wymarzoną mamą, czy wręcz przeciwnie z odzysku.
Czy potrafię zastąpić tą jedyną, pierwszą, właściwą i sprawić, że choć odrobinę pustka po niej się zapełnia i nie huczy w niej pustka echa tęsknoty.
Czy potrafiłam podołać trudnemu zadaniu bycia mamą dla chłopca, który tej swojej już nie ma?
Czy w końcu podołałam nadziejom Jego mamy i wypełniłam zadanie bycia jego mamą właściwie?
Czy kiedykolwiek zasłużę na miano zwyczajnie „mamy” również dla niego
i usłyszę „Mamo”, zamiast „Kasiu”.
Nie wiem, ale staram się.

Zresztą nie będzie to odkrywcze jeśli powiem, że wychowanie dziewczynki jest innym całkowicie wyznaniem niż wychowanie chłopca.
Trudnym zadaniem jest wychowanie dwóch różnych istot, różniących się nie tylko płcią, ale i charakterem, postrzeganiem świata, emocjom, zamiłowaniami, zachowaniami itp itp.
Trudne, ale i nie do zrobienia. A ile strachu codziennie… 🙂

Ale to miało być o nowym starcie. Nowym, bo bez drogowskazów, znaków
i poleceń mówiących jak jechać, w którą stronę i dlaczego wiecznie pod górę.
To już nie symulator jazdy, ale samodzielna pierwsza ważna przejażdżka. Kto wie, może przedwstęp do podróży życia naszego Syna.

A ja już dziś wiem jedno.

Poradzi. W końcu to nasz Syn 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.