z serii (nie) Pasi Kasi „O Wa(ka)cje!”

Długo mnie tu nie było, ale w pewnym sensie celowo. Celowo by znaleźć temat na tyle ważny, aby go opisać, aby się z nim podzielić.

Czas od ostatniego wpisu głównie wypełniała praca, której jest, było i pewnie będzie nadal sporo. Dodać jednak należy, że kiedy zbliżają się wakacje, jest jej tyle samo w okresie o połowie krótszym, gdyż połowa miesiąca wakacyjnego wypełniona ma być ustawowo należnym urlopem wypoczynkowym.
Tak też stało się w tym roku o tej samej porze, a mianowicie w połowie lipca szykowały się dla nas dwa tygodnie laby.

Nigdy jednak nie może być idealnie. Idealnie bowiem byłoby wtedy, gdyby remont udało się skończyć przed urlopem, ale biorąc pod uwagę, że nas nigdy pech nie opuszcza, a jeśli staramy się, aby tak nie było, to tym bardziej nam nie wychodzi, i to właśnie spowodowało, że remont kuchni zamiast w niedzielę, zamknęliśmy w środę. Dlaczego? Ano dlatego, że kolor szumnie nazwany „kakaowym kremem” na ścianie w cudowny sposób okazał się trupio fioletowy. Brakowało dosłownie zamiast drzwi do kuchni wieka od trumny, kilku świeczników i dźwięku organów kościelnych i zwyczajnie komplet. Musiała zatem nastąpić szybka interwencja w postaci zakupów w sklepie odpowiednio w tym celu zaopatrzonym, a kuchnia po trzech malowaniach dodatkowych innym kolorem, stała się jasna i taka jak chciałam.

Kiedy już zatem dotarliśmy do środy i kuchnia zalśniła czystością i zapachniała nowością czterech warstw farby, okazało się, że trzeba pilnie jechać na zakupy pod kątem wyjazdu na wakacje właściwe, zaplanować odbiór córki z obozu sportowego, ogarnąć pakowanie i logistyczne rozwiązania całej wyprawy, szczególnie będącej wyzwaniem z uwagi na obecność dodatkowo w samochodzie psa. To były nasze pierwsze wakacje z psem, ale kolejne rodzinne w tym gronie. Nauczona doświadczeniem starałam się przewidzieć wszystkie znane mi atrakcje, ale oczywiście zawsze jest coś w stanie mnie zaskoczyć.

Wyruszyliśmy jak zwykle wcześnie rano, chcąc nad nasze polskie morze dojechać na tyle sprawnie, by móc pójść nad morze. Zanim jednak MMŻ odpalił cudownie brzmiący silnik samochodu, okazało się, że posiada w kieszeni czarodziejską różdżkę, która otwiera wszystkie szyby naraz w samochodzie, które notorycznie zjeżdżały w dół, podczas pakowania, co z jednej strony mnie i dzieci mocno bawiło, gdyż mogliśmy rozwijać umiejętności magików, ale z drugiej strony mocno martwiło (delikatnie mówiąc) MMŻ, który rozwinął przed nami wizję, że nigdzie nie pojedziemy, bo „co jak się otworzą podczas postoju gdzieś tam…?”. Różdżką był zapasowy klucz, który nie był ustawiony (choć pewnie jest na to jakieś fachowe określenie) względem naszego samochodu. Usunięcie go z kieszeni i wyjęcie z niego baterii uleczyło wszystko a głównie MMŻ.

Rozważając w styczniu opcję wyjazdu i szukając najbardziej odpowiedniego miejsca dla naszej rodziny i psa, byliśmy pełni obaw, jak nasza psina da radę
w samochodzie przez tyle godzin. Były wizje męki, stresu, nerwów i innych czarnych dziur, żeby nie powiedzieć gorzej. Były też chwile, kiedy sama zastanawiałam się jak to będzie, kiedy MMŻ dosięgnie zmęczenie bycia kierowcą, dzieci dopadnie nuda i zniecierpliwienie psem, mnie dopadnie niemoc na wszystkie te przypadki i w połowie drogi dojdziemy do wniosku, że chyba jednak nie warto było w ogóle ruszać się z domu.
Jakieś jednak było nasze zaskoczenie, kiedy po pierwszych dwóch godzinach lekkiej euforycznej ruchowości, psina w końcu zaczęła przysiadać na dłużej
w końcu kłaść, a na koniec wespół w zespół z naszą córką zasypiać.
Transport psa jednak miał jedną smutną i trudną do ogarnięcia przez MMŻ wadę, a mianowicie z racji rozmiaru syna, który jest wyższy od MMŻ oraz w związku z moim największym opanowaniem, podróż po raz pierwszy odbywała się w zupełnie innym układzie wewnątrz samochodu. To sprawiało, że nasz związek „na odległość” niósł za sobą smutne wejrzenia w tylne lusterko, westchnienia i przekorne pokazywanie języka. Syn bowiem przejął moje stery pilota z przodu, a ja oddałam się rytuałowi wyginania ciała, by tylko psinie było wygodnie.

Ale powiem Wam tak, że kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, co zajęło nam 10,5 godziny z dwoma postojami, doszłam do wniosku, że psina jest najbardziej zdyscyplinowanym pasażerem naszego samochodu i ona jako pierwsza zaskoczyła nas tak ogromnie, że już snujemy plany o objazdowych wakacjach wokół Polski kamperem, wypadu na Chorwację… Strach pomyśleć, kiedy będziemy testować objazdową wycieczkę po Europie, lub wypad za ocean 🙂

Pierwszym celem naszej podróży była oczywiście miejscówka, która spełniła wszystkie możliwe, wymyślone i pomyślane dobre rzeczy. Domek przestronny, świetnie urządzony, posiadający ciekawe nowoczesne rozwiązania, jak i bardzo znajome rzeczy, a mianowicie kuchnię. Umiejscowiony z dala od pozostałych skupisk domków, domeczków, szeregowców i podobnych do wcześniej wymienionych skupisk „Januszy”. (Do tych ostatnich za chwilę przejdę). Dobrze, że z dala, gdyż bliższe spotkania z tymi istotami mogłyby przynieść efekt jedynie chęci okopania się bądź ucieczki.
Ośrodek, do którego pojechaliśmy, to „4 domki” w Sarbinowie. Miejsce idealne dla rodzin z dziećmi, które chcą za wysoką stosunkowo cenę spędzić mile,
i w spokoju wakacje, w towarzystwie dobrze wychowanych, szanujących prywatność pozostałych gości ośrodka, którzy głównie przybyli tutaj z Niemiec. Powiem tak. Kultura daleko europejska nie dość, że daleka, to dla niektórych niedościgniona. Chwała nam zatem za to, że zdecydowaliśmy się właśnie na to miejsce. Ale dość reklamy, bo nie o to tu głównie chodzi.

Zastanawiałam się przez cały pobyt nad morzem, obserwując pewne zjawiska i obrazy, na czym teraz w obecnym świecie polegają rodzinne wakacje. Dla nas bowiem zawsze był to okres, kiedy najwięcej czasu poświęcamy sobie nawzajem, kiedy robimy wspólnie rzeczy, na które nie mamy czasu w trakcie roku, kiedy to poznajemy siebie na nowo,  bo ilość czasu spędzana wspólnie, jest dawką bliską przedawkowania.
To jak przeżyliśmy wakacje, można zamknąć w kilku prostych zdaniach, a mianowicie razem, wspólnie, ciekawie, atrakcyjnie,a przede wszystkie rodzinnie. Pozwólcie zatem, że te przeżycia pozostawię dla siebie.

Okazuje się jednak, że nie dla wszystkich, z mojego punktu widzenia, wakacje mają być głównie rodzinne i z myślą o dzieciach, by wspomnienia z wakacji pozwoliły im budować swoje życie na głównie dobrych wzorcach.

Najbardziej smutna chyba jest ilość wypijanego alkoholu w towarzystwie dzieci. W różnych okolicznościach i miejscach, w różnej formie i jedynej dużej ilości.
Pije się idąc nad morze z córką za rękę a w drugiej dzierżąc otwartą puszkę lub butelkę piwa, kiedy zaraz za taką parą kroczy ostrożnie i powoli aby się nie potknąć mama, wpatrzona w smartfona.
Pije się przy grillu wieczorem do późnych godzin nocnych (uwierzcie, na prawdę późnych), kiedy dzieci tańczą, wrzeszcząc wniebogłosy wokół tego grilla, który płonie żywym ogniem, a tego nikt z dorosłych nie kontroluje, bo wielokrotnie nie jest w stanie lub nie potrafi już przewidzieć nieszczęścia, które może za chwilę się wydarzyć.
Pije się rano pod sklepem, kiedy dzieci śpią, bo poszły spać później niż dorośli, a zjawisko kaca jest tak silne, że należy je uśpić pośpiesznie wypitą butelką piwa.
Pije się cały dzień na plaży, kiedy pogoda to umożliwia, oczywiście pobyt na plaży, bo do picia nie jest niezbędna. Robiąc to ( w sensie pijąc) najczęściej wykonywane czynności to bardzo „wnikliwe” pilnowanie dzieci w wodzie pomimo czerwonej flagi, bądź też krzyki na te same dzieci, że robią coś nie tak, próbując znaleźć zajęcie, bo rodzice zwyczajnie nie mają czasu, bo piją, albo też krzycząc na żonę, która krzyczy na dzieci, które wrzeszczą prawie non stop i prawie wszystkie.
Pije się przy stole, gdzie dzieci jedzą frytki, rybę lub obiad, bo mama uznała, że dzieci powinny coś zjeść podczas pobytu na plaży. Wygląda to zatem tak, że „Janusz” siedzi i pije w tym czasie piwo, a dzieci jedzą coś na wzór wspólnego rodzinnego obiadu.
Pije się na ulicy pchając wózek z dzieckiem.
Pije się w kawiarni.
Pijane wakacje nie ma co.
Święta nie jestem, lubię napić się piwa, wina. Alkohol w końcu został stworzony dla ludzi, ale pijąc go nie bądźmy zwierzętami i zróbmy to po, a nie zamiast spędzania czasu z rodziną.

Drugim smutkiem, który mnie dopadał, gdy obserwowałam rodzinne wakacje obok, to ilości wrzasku, krzyku i nerwów. Wakacje zamiast wyciszać po całym roku ciężkiej pracy, wśród wielu rodzin polega na zupełnie czymś odwrotnym, a mianowicie na ćwiczeniu krzyków na poszczególne głosy. A zatem najpierw krzyczą dzieci. Drą się, wrzeszczą, najgłośniej w miejscach i momentach dnia bądź nocy, kiedy zwyczajnie nie wypada, bądź też nie powinny, bo wrzask winny zamienić na chrapanie słodkie do snu.
Niestety.
Więc najpierw mamy wrzask dzieci, sygnalizujący, nakazujący, rozkazujący, terroryzujący, który w zależności od sytuacji dotyczy innych członków rodziny. Kiedy rodzice przez jakiś czas ignorują wrzask, wykonując polecenia, rozkazy, żądania swych pociech, bywa, że wrzaski na chwilę milkną. Kiedy jednak wkracza opcja, pojawiająca się znienacka, że „O nie, nie będziesz się w ten sposób zachowywał, bo to ja tu jestem rodzicem”, zaczyna wkraczać wrzask rodziców na dzieci, który sprawia iż te na chwilę milkną. Potem zaś rozpoczyna się moment kiedy to jeden z rodziców, który akurat nie wrzeszczy na dzieci, dochodzi do wniosku, że ten co krzyczy je zwyczajnie krzywdzi tym wrzaskiem, więc ten drugi rodzic zaczyna wrzeszczeć na pierwszego rodzica. Wtedy dzieci na chwilę milkną zaskoczone faktem, że rodzice na siebie krzyczą, a kiedy to też im się nudzi, zaczynają znów pokrzykiwać, wrzeszczeć i drzeć się na rodziców i tak powstaje wrzeszcząca wersja rodzinnych wakacji, zazwyczaj na cztery głosy.
A jeszcze zauważyłam jedno zjawisko, które towarzyszy poprzedniemu, że rodziny nie potrafią ze sobą rozmawiać w sposób spokojny i nie przeszkadzający innym, a jedynie podnosząc głos, do krzyku, czy też wrzasku.
Nie wspomnę, że nie spotkałam rodziny siedzącej przy stole przy obiedzie rozmawiającej tak zwyczajnie, wspominającej, bawiącej się swoim towarzystwem. Może nie miałam zwyczajnie szczęścia, bo na pewno wokół nas są takowe rodziny, ale wyparte zostały niestety przez multum negatywnych, rozwrzeszczanych, podsycanych alkoholem grup, bo rodziną bym takowej jednostki nie nazwała niestety.
Ja też podnoszę głos, kiedy uważam, że sytuacja tego wymaga, ale nie wrzeszczę non stop, a i dzieci uczę, że nie moc głosu, ale to co chcesz powiedzieć jest najważniejsze.
Pamiętam, kiedy nasza córka podrosła, a potem kiedy poznałam naszego syna, uczyłam ich, że aby przechodząc koło wózka nie krzyczeli. Aby okazywali szacunek ludziom obok przy stoliku, gdyż mogą przeszkadzać zbyt głośnym zachowaniem. W końcu to tak niewiele, sprawia, że dzieje się na prawdę więcej.

Kolejna obserwacja dotyczy pierwszego i drugiego. Rodzice nie reagują na pewne zachowania, sposoby bycia swój jak i swoich pociech. Ale jak to zrobić kiedy brakuje zwyczajnie siły w głosie przepłukanym dużą ilością alkoholu?

Jest jeszcze kilka ciekawych przykładów.

Nie wiem ilu z Was, ale niewielu wśród rodzin na wakacjach umie chodzić „gęsiego”, kiedy wąski chodzik wymaga takowego zjawiska by minąć się w przeciwną stronę. Moja rodzina opanowała to perfekcyjnie, inne niekoniecznie. Podczas całego pobytu spotkaliśmy dwie równie zdyscyplinowane rodziny dinozaurów dobrego wychowania w życiu. Wielokrotnie wchodziłam w konflikt ciał podążających z przeciwka, nie chcących choćby na pół objętości ciała ustąpić mi miejsca na chodniku, do którego mieliśmy prawo. Wielokrotnie jest to próba sił, sprawiająca, że finalnie podróżowaliśmy przy chodnikowym trawnikiem lub schodząc pod koła nadjeżdżających aut, które jak na złość nie zwalniały tempa, pomimo zatłoczonego centrum miasteczka.

Miałam też nieodparte wprost wrażenie, że większość rodzin spędzających wakacje nad morzem pochodzi wprost z odwróconej Anglii, gdyż ruch na promenadach, chodnikach odbywał się lewostronnie. Nie pomagał więc
w poruszaniu się po wyżej wspomnianych traktach spacerowych, spacer
na siłę właściwą stroną, gdyż większe niezorganizowane, pędzące grupy ludzi, spychały, blokowały, sykając lub soczyście to komentując przy okazji „jak leziesz” itp.

Nie rozumiem obojętności na zakazy, nakazy i tym podobne rzeczy.
Nie wolno sikać, gdzie sika się na umór, mimo obecności turystycznych toalet.
Nie wolno wchodzić na wydmy, na których przesiadują turyści.
Nie wolno śmiecić, gdzie śmieci od zatrzęsienia, w obszarach pomiędzy koszami ustawionymi dosłownie co metr.
Nie wolno krzyczeć, a wrzaski słychać do późnych godzin nocnych, z krótką przerwą na noc, bo od rana z powrotem to samo.

Ech.

Utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że nasza rodzina dinozaurów, skazana jest na wymarcie lub trudne czasy, bo jak wyjaśnić dzieciom, że pewne zachowania są zdecydowanie i jednak złe, pomimo faktu iż występują notorycznie i dosłownie wszędzie.

Kończąc, powiem tak, że na następne wakacje wybiorę głuszę, z dala od ludzi.
Bo jeśli cały rok biegiem pędzimy przez życie, pełne pracy, obowiązków, krzyku, nerwów, złych emocji, to wakacje mają pozwolić nam odpocząć. Myślę jednak, że należałoby również zmienić termin urlopów na koniec roku szkolnego lub jego początek kiedy towarzystwo starszych osób jest bardziej spokojne, opanowane i o charakterze bardziej wakacyjnym niż wariackim.

Owacje!! Na część tych, którzy w tłumie „Januszy” szukają tego, czego doświadczyli jeżdżąc na wczasy ze swoimi rodzicami. Rodziny, czasu spędzonego wspólnie, spokoju, dobrego humoru, głodni kolejnych cudownych wspomnień. Nie trzeba bowiem bogactwa, alkoholu, krzyku, by dać upust radości ze spędzonego urlopu.
Wiem, że więcej daje nam uśmiech dziecka, z którym gram w grę, gonię się po piasku, czy też rozmawiam nie w biegu, a w spokoju. Bo to czas dla nas, nawet ten, przemilczany na plaży, ze wzrokiem utkwionym daleko w horyzont.

Na cześć zatem rodzinnych chwil.. poproszę o Owa(ka)cje!! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.