z serii Pasi Kasi „Obiad na cztery pary rąk i jednego Kelnera”

O obiedzie rozwodzić się nie będę w sensie jego smakach i zapachach, bo po cóż, skoro i tak nie poczujecie ani jednego ani drugiego. Tam na prawdę jest smacznie i warto tam zajrzeć.

Restaurację wraz z hotelem spotkać można na trasie od naszego miasta do miasta Królów, albo w drodze powrotnej, bo wszystko zależy głównie od kierunku waszej jazdy. Nie da się go ominąć, nie da się go nie zauważyć, a zatrzymać się warto.

Nie wiem dokładnie, kiedy trafiłam tam po raz pierwszy, ale zanim to nastąpiło mijałam go wielokrotnie jadąc do pracy i z pracy na początku mego życia w nowym mieście. Zastanawiałam się jedynie wtedy jak drogie muszą być bilety wstępu, skoro jest tak wystawny, ma przepiękną stronę internetową, a na parkingu bywa na prawdę tłoczno. Potem zamarzyłam aby tam trafić i zobaczyć.

Tak, pierwszy raz to był rodzinny piknik organizowany przez firmę MMŻ. Pierwsza wizyta jednak nie miała na celu obejrzenia w środku hotelu i zajrzenia do restauracji, a zwiedzanie chaty za hotelem, która jest formą atrakcji letniej, na spędzanie czasu na powietrzu, na rozległych terenach za hotelem. Pierwsze co mnie uwiodło, to pomysł stworzenia takowej chaty, gdzie na drewnianych ławach przy drewnianych stołach można było posmakować typowych grillowych dań, zakrapianych piwkiem do smaku. Moją szczególną uwagę zwrócił tam Pan, który dbał by jedzenie podawane z grilla było smaczne, odpowiednio dopieczone i by mogło dostarczyć odrobiny luksusu dla podniebienia.

Pan zwyczajny, nic nadzwyczajnie porywającego, ale z ogromną pasją do gotowania, smażenia, grillowania, sprawiał by dania były smaczne, smaczniejsze, doskonałe, a my, choć pełni po uszy, prosiliśmy ciągle o dokładkę. Uśmiech Pana i zdecydowana pasja do tworzenia dobrych dań współgrała cudownie z otoczeniem chaty i nastrojem biesiadujących. Panu towarzyszyły Panie, uśmiechnięte, empatyczne, chętne do pomocy i dopełniające cały obraz jak najbardziej odpowiednie w kolorze i formie tło całego kulinarnego przedstawienia. Myślę, że Panie nie obrażą się za tło, ale mistrzem ceremonii i kuchni zdecydowanie był Pan, Grill Man.

Dni codzienne mijały, aż w końcu MMŻ padł na kolana i poprosił, a ja go przyjęłam. Wtedy też wiedziałam, że na obiad poślubny pojedziemy właśnie tam. Tak też się stało. Wtedy miałam szansę, aby zajrzeć do środka, obejrzeć wnętrze pełne kolorytu, ciepła, pełnego domowej atmosfery i niespotykanie spokojnego. Tak, główną cechą tego miejsca jest spokój. Spokój ludzi, obsługi, przybywających tu na obiad głodomorów. To miejsce zwyczajnie zobowiązuje do tego by czuć się tam dobrze, spokojnie i wytwornie zarazem. Obiad się udał, choć nie był weselem typowym dla obecnych czasów, a jedynie rodzinną biesiadą, ale udaną a co najważniejsze smaczną.

Kiedy mijał pierwszy rok naszego koncertu życia na cztery pary rąk, postanowiłam zorganizować mej szalonej rodzince niespodziankę i przy użyciu technologii, zarezerwowałam stolik dla czterech osób na niedzielny obiad, by świętować czas z nimi, w tym szczególnym dniu i właśnie w tym miejscu. I choć na wstępie okazało się, że nasza rodzinka nie została ujęta na liście gości, pojawił się człowiek, który postanowił się nami w cudowny sposób zaopiekować i sprawić, że pomimo drobnej wpadki, ten czas nadal będzie magią samą w sobie. I był.
Nie wiem, czy wielu z Was miało szansę obejrzeć film „Zaklęte rewiry”, bo jeśli nie, polecam bo warto, jeśli tak, na pewno zrozumiecie następnych kilka zdań.

Film ten pokazuje, że bycie kimś w życiu, jest formą sztuki i kunsztu, wiedzy i pasji. Czy jesteśmy lekarzem, nauczycielem, czy kelnerem, musimy być przekonani, że to co robimy jest naszym punktem odniesienia, punktem do którego dążymy, który chcemy udoskonalać. Bycie dobrym kelnerem jest formą sztuki, która niestety zanika i tym bardziej cieszy moment, kiedy się na nią natkniemy, ba, możemy jej doświadczyć i dotknąć.
Taki był właśnie Pan M. Przepraszam, że nie używam całego imienia, ale nawet nie wiem, czy życzyłby sobie, aby wyniku wewnętrznych moich tutaj wynurzeń być na piedestale tegoż tekstu w internecie.
Pan M. sprawił, że obiad na cztery pary rąk i jednego Kelnera stał się koncertem sztuki, pasji i absolutnie wysoko postawionego profesjonalizmu. Wrażliwości na człowieka, potencjalnego klienta i chętnego pysznie zjeść głodomora. Nie ważne, czy dorosły czy dziecko, traktowany jest przez M. z szacunkiem, formą szarmancji i oddania. Każdy kaprys, życzenie, pytanie, zostaje natychmiast spełnione, zaspokojone, nie pozostawione bez echa. Pan M. nawiązuje z człowiekiem niewyobrażalnie miłą i jedyną w swoim rodzaju więź i sprawia, że warto i chce się tam wracać.

Nie chcąc krzywdzić nikogo z osób tam spotykanych przy każdej naszej następnej wizycie, powiem głośno, że każda z tych osób jest niesamowicie oddana temu co robi. Uśmiech, spokój,dyskrecja, empatia, pozwala czuć się tam jak w domu. Bez wyjątku wszystkim i każdemu z osobna. Pyszne dania umieszczone w karcie są dokładnie przemyślane, odniesione do sezonu i okazji. Smacznie zrobione, świetnie podane i brakuje mi czasem tylko jednego…. By móc podpatrzeć jak Oni, kucharze, to robią, jak sprawiają, że to wszystko właśnie tak smakuje, a następnie wykorzystać później tą wiedzę, aby w domu moi kochani mogli doświadczyć choć cząstki tego smacznego koncertu smaku na talerzu.
Szynka z sałatą na słodko, żeberka z pieczonymi ziemniakami,placki ziemniaczane, zupa dyniowa, ryby z grillowanymi warzywami, desery, czy też zwyczajna kawa. Tego trzeba spróbować by zrozumieć zachwyt kury domowej, która opiera swe wąskie menu na krupnikach, zalewajkach, czy spaghetti MMŻ.

Chwile spędzone tam, to chwile tylko dla nas, gdzie człowiek chce wejść, spotkać tych, których zna i zawsze mile wspomina, oddać się chęci jedzenia, picia, pogadania z najbliższymi. Chce śmiać się do pełnego brzucha i wrócić tu znów za jakiś czas, w przekonaniu, że znów zastanie ludzie których zna i mile wspomina, oddać się chęci jedzenia, picia…..(…)

Wracamy tu, bo lubimy i chcemy. Wracamy tu, by móc spotkać Pana Grill Man i sympatyczne Panie w tle, aby przeżyć bajkowy czas z Panem M., a głównie dlatego, że fajnie wraca się do miejsc, w których człowiekowi zwyczajnie jest dobrze. Mówią, że przyzwyczajenie to druga natura człowieka, nam w nawyk już weszło tu wracać. Mamy również nadzieję, że kiedy będziecie mieć szansę posmakować rzeczy o których mowa w tym poście i nie mówię tu tylko i wyłącznie o jedzeniu, zechcecie podobnie jak my karmić swą naturę i przyzwyczajenie na drodze z naszego miasta do miasta Królów lub z powrotem.

Na koniec dodam, tak już całkiem od siebie prywatnie, że podziwiam ludzi pełnych pasji. Trzeba mieć jej na prawdę sporo, aby wymyśleć, stworzyć i sprawić, by naszą pasją do tego co stworzone zarazić ludzi, tak skutecznie by chcieli wracać do miejsca stworzonego dla nich i z myślą o nich. To miejsce daje dowód szanowania pasji i ludzi, chęć otwierania się na ich wyobrażenia, marzenia i ludzkie zachcianki. Pozwala dbać, by ludzie, podobnie jak my, chcieli tu wracać za każdym razem, kiedy chcą, bądź mogą. Miejsce to wymaga od siebie, od osób tam pracujących, ale widać, że wiąże się na dłużej, a nie tylko na chwilę. Milej bowiem wracać w miejsce, gdzie znajomych twarzy tyle i człowiek czuje się jak w domu. Wraca do tego co lubi, do tego na co ma ochotę i wie, że się nie rozczaruje. Pasja ma swą cenę, ale absolutnie wartą tych przeżyć, które są w momencie przejścia przez próg gwarantowane.

Ciekawi…?
Dwór Chochołowym zwanym, te kryje cudowności, zaprasza Was serdecznie by wszystkich Państwa gościć 🙂

CHOCHOŁOWY DWÓR
ul. Jana III Sobieskiego 172
32-048 Jerzmanowice
woj. małopolskie
e-mail: recepcja@chocholowydwor.pl
telefon: (+48 12) 620 39 00
www:  http://chocholowydwor.pl/

 

 

2 myśli na “z serii Pasi Kasi „Obiad na cztery pary rąk i jednego Kelnera”

  1. Ale sie sprzedalas, przyznaj sie ile ci zaplacili za reklame? ty łapczywa kobieto! Jadłem tam kiedyś i jedzenie, które tam serwują mijają sie z twoim postem! Moje oczy nigdy tu wiecej nie pozostana.

    (Nie)Pozdrawiam Andrzej Stramek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.