z serii (nie) Pasi Kasi „Sposób na obiad…ale czy na pewno rodzinny…?”

Będzie krótko acz treściwie.

O uzależnieniu dzieci od „mądrych telefonów”, tabletów, komputerów, trąbi się nie od dzisiaj. Odkąd pojawiły się wszelkie możliwości zajęcia dzieciom czasu, niekoniecznie tak, jak powinno się to robić w danym wieku, tak długo psychologowie, pedagodzy i inni mądrzy proszą by oszczędzić dzieciom dzieciństwo. Myślę jednak, że głównie chodzi o to aby skupić się na najważniejszej rzeczy, a mianowicie: „Nie pomagajmy jako rodzice, uzależniać się naszym dzieciom od wszelkich rzeczy „mądrych”.

Sama jako mama staram się dawać dobry przykład, choć pewnie nie zawsze mi to wychodzi, bo „mądry telefon” i laptop towarzyszą mi w życiu służbowym jako nieodłączne gadżety. Zawsze jednak starałam się znaleźć umiar, i jestem zdania, że na wszystko winien być czas, ale ograniczony w sposób rozsądny.

U nas najpierw pojawiło się „StacjaGier” i mania grania w gry. Dzieci kłóciły się, które ma być pierwsze, a które drugie, które ma grać jeszcze minutę, a które winno już przestać, bo drugie nie może się doczekać. Były dąsy, fochy i często płacz, bo gdy coś w grze nie wychodziło, potrafiło doprowadzić do łez a czasem wręcz histerii. Czas wtedy poświęcany przez dzieci na w/w czynności wynosił 1,5 godziny w ciągu dnia, a i tak musiał być pilnowany i silnie egzekwowany.

Potem pojawiły się „mądre telefony”. I tu zaczęła się mania grania, korzystania z komunikatorów, oglądania filmów.
Ja nauczona doświadczeniem własnym, kontrolowałam od początku treści oglądane przez dzieci i bywało, że niestety musiałam wkraczać, sypiąc konsekwencjami faktu przekraczania zasad właśnie przez nie. I żeby nie było, sama byłam dzieckiem i kiedy szłam do koleżanki, która posiadała komputer i zestaw gier ginęłam na godziny nie mogąc się nimi nacieszyć. Kiedy byłam w wieku Syna lub Córki pojawiały się komputery, toporne śmieszne gry i gdy Tato zabierał mnie do salonu gier na godzinę czy dwie byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Wiem zatem i znam tą pokusę doskonale.

Czy można jednak, w tym wszystkim znaleźć różnicę. W sensie między mną a naszymi dziećmi.
Myślę, że tak.
Bo komputery były dostępne jedynie w salonach a za ich używanie trzeba było zapłacić. Komputer był wyznacznikiem luksusu, zatem niedostępnym dla wszystkich. W telewizji wtedy niewiele można było zobaczyć, ilość programów telewizyjnych na początku ograniczała się do góra trzech, na których treści dla dzieci były skupione głównie wokół wieczorynki, teleranka, czy bajki Disneya na święta Bożego Narodzenia.
Ja wtedy sporo czytałam, choć i tak na pewno nie tyle co mój Tato, bawiłam się kilkoma zabawkami, które miałam, przesiadywałam na trzepaku na podwórku, grałam w gumę lub w chowanego, a kiedy dostałam w prezencie rakietki potrafiłam przegrać w badmintona cały dzień.

Więc co nam przeszkadzało w tych spacerach, spędzaniu czasu na podwórku, czy na grze w badmintona lub bawieniu się lalkami?
Potrzeba rozwoju techniki…?
Komputery są potrzebne, bo sporo ułatwiają, choć jak twierdził zawsze mój Tato, to najgłupsze maszyny świata, bo nie wykonają niczego innego, poza tym, czego nauczy ich człowiek. Wniosek zatem nasuwa się prosty, człowiek jest geniuszem!……niestety szybko uzależniającym się od czegoś co podobno jest bardziej „mądre”, niż on sam. Porażka.

I teraz po tym wstępie wyobraźmy sobie postać mamy. Mamy, która dba o swoje dzieci jak nikt inny. Mamy, które chce uchylić dziecku nieba codziennie. Mamy, która przewija, huśta, przytula, poi i karmi.
Na tej ostatniej czynności głównie się teraz skupię.
Karmi, czasem na mieście, czasem „szybkim jedzeniem”, czasem w restauracji, a czasem w barze. Gdzie, myślę w tym konkretnym przypadku jest mało ważne, bo tutaj też by można hak znaleźć, czy lepsze jedzenie ze słoiczka, czy zrobione przez mamę, czy w barze.

Odwiedziliśmy w sobotę pewien znany bar bistro w naszym mieście, gdzie my uwielbiamy placka po węgiersku, a Córka gustuje w soli z frytkami. Zawsze wtedy kiedy udaje nam się wspólnie lub w 3/4 rodziny usiąść do wspólnego posiłku staramy się rozmawiać, bo okazji na to w zabieganym życiu jest niewiele. Bar o którym mowa słynie z dobrego domowego jedzenia i odwiedzany jest przez całe rodziny, mamy z dziećmi, samotnych emerytów, czy też zadeklarowanych singli, bądź przez przedstawiciela rodziny, które dla całej pozostałej watahy zabiera pojemniczki z jedzeniem do domu.

Tym razem trafiliśmy na dwie mamy, które kolejno zajęły miejsca, pierwsza przy jednym stole z chłopcem w wieku maksymalnie 4 lat, druga z dwójką chłopców 3 i 5 lat. Gdy na stół wjechały zamówione dania, mamy wyciągnęły swoje „mądre telefony”, włączyły na nich bajki i umieściły telefon w odległości metra od dzieci, uruchamiając, w ich mniemaniu, opcję jedzenia rodzinnego. Czas rodzinnie spędzony na posiłku polegał na karmieniu wlepionego w ekranik telefonu dziecka, byle szybciej, bo gdy bajki lub transferu braknie, opcja jedzenia natychmiast przestanie istnieć.

Ja nie twierdzę, że moje dzieci są idealne, ani, że ja zawsze zachowuję się absolutnie prawidłowo, bo każdy jest tylko człowiekiem, słabym, popełniającym błędy. Mam jednak prawo podejrzewać, że dzieci tych mam, mają szansę umrzeć z głodu, gdy przed ich oczami nie będzie telewizora i braknie osoby (mamy), która sprawi, że jedzenie z talerza przy użyciu cudu poruszającej się łyżki, znajdzie się w jego żołądku.
Brakło mi tu przede wszystkim rozmowy mamy z dziećmi, nauki tego jak należy zachowywać się w miejscu publicznym, jak można prawidłowo używać sztućcy, bo przyda im się to w przyszłości. Brakło miłości, wrażliwości, czegoś co powinno istnieć pomiędzy mamą a dziećmi.

Zdarzyło się jednak coś, co miało szansę sprawić, że „mądry telefon” poszedłby być może w odstawkę, niestety tylko w moim wyobrażeniu.
Starszy chłopczyk drugiej mamy oderwał na chwilę wzrok od „mądrego telefonu”, gdyż zorientował się, że z pierwszą mamą przy drugim stole siedzi chłopczyk. Wykazał zainteresowanie, bo wstał od stołu i podszedł do drugiego stolika przyglądając się z zaciekawieniem komuś, z kim gdyby nie drugi „mądry telefon” mógłby nawiązać kontakt i być może krótkotrwałą znajomość. Niestety. Chłopczyk pierwszej mamy nawet tego nie zauważył, jego mama również, gdyż wlepiała swój wzrok w telewizor wiszący pod sufitem.

Smutne. Bardzo.

Ze smutkiem też zerkam czasem przez okno latem, kiedy słyszę śmiejące się pod blokiem dzieci, które jeszcze dobrze nie odstają od ziemi, a dzierżą w dłoni najważniejszy atrybut każdego dziecka….. „mądry telefon”. Ich spędzony wspólnie czas ogranicza się głównie do wspólnego siedzenia na schodach pod blokiem, i wspólnym wlepianiem się w swój własny „mądry telefon”. Śmiem również twierdzić, że gdyby zabrać im te telefony, nie mieliby sobie za dużo do powiedzenia, o ile cokolwiek. Myślę nawet, że nie doszłoby do tego spotkania, bo jak się na nie umówić, skoro telefonu brak?

Ale jak ma być normalnie, skoro telefonie komórkowe, prześcigają się w reklamach, że internet bez limitu, że w wakacje nie powinniśmy robić nic innego jak tylko siedzieć wgapieni w telefon, bo to jest „mądre”.
A nie wiem, czy ktoś z Was widział reklamę pomarańczowego kółka, gdzie młodzi na urlopie spędzają wspólnie czas łącząc się przy użyciu funkcji „mądrego telefonu”. Ręce opadają.

Zbliżają się wakacje, kiedy przez dwa tygodnie mamy szansę spędzać ze sobą czas. Kiedy winniśmy mieć więcej czasu na rozmowy, bycie ze sobą blisko, na spacery, gry ale głównie planszowe. Czas spędzony na słodkim lenistwie niekoniecznie przed telewizorem a podczas wlepiania się w niebo. Czas na rozmowy w cztery oczy, a nie przy użyciu komunikatorów.
Czas rodzinny z dala od rzeczy „mądrych”.
Sobie i wszystkim życzę powodzenia.

Ironią jest też fakt iż rzeczy nazwane „smart” wcale „mądrymi” nie są, zastanawiam się tylko na tym, ile genialny człowiek potrzebuje czasu, aby na to wpaść.

(Poniżej zdjęcie, znalezione w internecie. Myślę, że najlepiej oddaje to, co starałam się wyrazić.)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.