z serii (nie) Pasi Kasi „Dobry dzień będzie, lecz bez słów niestety…!”

Dawno dawno temu, za siedmioma lasami i siedmioma górami (jeśli liczyć pagórki) żyłam sobie wraz z rodzicami i dziadkami w jednym domku i jak przystało na dziewczynkę w słusznym wieku 10 lat, chadzałam też do szkoły.
W szkole tej, jak to zwykle w takim miejscu bywa, spotykali się ludzie
w różnym wieku, by chcąc, bądź czasem nie chcąc, uczestniczyć
w lekcjach w celu głównie uczenia się.
Nauczyciele, w swym powołaniu i fachu, szukali sposobów i metod,
by wiedzą ze zniszczonych książek, w mniej lub bardziej interesujący sposób, zaciekawić nas, oporne jednostki uczniowskie.
Bywało różnie, wiadomo.

Jednak obok historii, biologii, geografii i innych tajemnych przedmiotów, uczyli nas, czegoś bardzo przydatnego, a mianowicie dobrego zachowania i powtarzania pewnych tajemnych zaklęć:
„Dzień dobry”, „Proszę”, „Przepraszam”, „Dziękuję”.
4 słowa, zaklęcia tajemne, rzadko ostatnio spotykane, ale jak bardzo
w życiu przydatne.
Pewnie prychnęłaś, bądź prychnąłeś pod nosem, bo znane są ci one
i pewnie przez ciebie używane. Nie wątpię. Zastanawiam się jednak,
co sprawia, że boimy się ich używać w sposób słyszalny dla innych.

Nawiążę, do sytuacji sprzed kilku dni.
Siedzieliśmy otóż z MMŻ i naszą córką w przychodni, celem wykonania ważnego badania, które miało ustalić, czy córka jest słodka, czy też może za słodka, potocznie zwanego „krzywą cukrową”.
Badanie to, jak wiedzą, Ci, którzy też to ustalali, trwa w sumie 2 pełne godziny, podczas których pacjent nie może oddalić się z miejsca, winien siedzieć grzecznie i czekać na kolejne pobieranie krwi.
Nie wyróżnialiśmy się specjalnie, gdyż własnie taki czas poświęciliśmy na wspólnie spędzony czas, niekoniecznie w ciekawych okolicznościach „przyrody”, ale zawsze to razem i w słusznej sprawie.
Osoby wchodziły i wychodziły kolejno, poddając się torturom
w laboratorium i nie wiem, czy ze strachu, czy dlatego, że siedząc tam tak długo, staliśmy się tłem poczekalni, ale może w sumie 3 razy, usłyszałam słowo „dzień dobry”. Nie liczę bowiem burkania czegoś
na wzór „……………..y”, gdzie kropki oznaczają, coś w stylu bełkotu, szeptanego pod nosem, co po dłuższej analizie można podciągnąć,
pod „bry” „dziń” czy inne takie. Przykrym jest dodatkowo fakt,
że te usłyszane pełnowartościowe „dzień dobry”, powiedziały osoby starsze, które jak można się łatwo domyślić, chadzały właśnie do szkół, gdzie uczono słów tajemnej magii.

Kiedy poznałam MMŻ, zawsze zachwycał mnie ogromnie fakt,
że pierwszym słowem słyszalnym u niego i syna było wyraźne i głośne „DZIEŃ DOBRY”. Towarzyszyły im również inne magiczne słowa jak „DZIĘKUJĘ” czy „PROSZĘ”, a jeśli synowi zdarzyło się o nich zapomnieć, natychmiast odbywała się lekcja wychowawcza, mająca
na celu nie tylko przypomnieć, ale wyrabiać coraz trwalej nawyk ich używania. Skutecznie. Słowa natychmiast wracały do łask, goszcząc w życiu codziennym w sposób trwały, dając dowód dobrego wychowania. Młodsza latorośl kobieca, również przeszła podobną szkołę życia i teraz wśród swoich rówieśników, wyróżnia się tym zwyczajem ogromnie. Sama zauważam niestety, że na tle innych kolegów czy koleżanek
z klasy, czy też ze szkoły, czy podwórka jest niczym dinozaur, gdyż zna tak stare sposoby komunikowania się ludzi, nie wstydząc się, że je zna, bo czegóż się wstydzić?

I tu własnie, przychodzi mi na myśl pytanie, co sprawia, że ludzie tak niechętnie używają słów, znanych od wieków i uważanych, za dobry ton, jak i świadectwo savoir vivre? Czy kieruje nimi strach?
Czy wstydzą się powiedzieć czegoś, co sprowokuje dalszą rozmowę? Czy może też nie mają życzenia pokazać innym, że dobre wychowanie nie jest im obce? A może w końcu zwyczajnie uważają, że życie bez tych słów jest ciekawsze, lepsze właściwsze?

I choć zastanawiam się nad tym codziennie, zawsze wtedy, kiedy:
* mija mnie kolega córki i mimo tego, że mnie zna, mija mnie na ulicy
i patrzy na mnie z premedytacją nastolatka głęboko w oczy, nie jest
w stanie wydusić z siebie drobnego „dzień dobry”,
* ktoś kto tyrpnie mnie na ulicy, bądź potrąci wózkiem w sklepie, czy też sprawi mi przykrość, nie powie zwykłego „przepraszam”,
* klient w sklepie, obsłużony przez miłą panią w kasie, finalizując transakcję zakupu, nie odpowie „dziękuję”,
* współpracownik w firmie, oczekując, że otrzyma, to czego oczekuje, nie użyje słowa „proszę”, a jedynie „daj” „powiedz”, czy innej bezosobowej formy prośby, ale bez głównego określnika,
Odpowiedź zwyczajnie brzmi „nie wiem”, „nie rozumiem”, „nie pojmuję”.

Bo w całe swej sympatii do ludzi mnie otaczających, zdzierżyć zwyczajnie nie mogę braku słów, które umilają dzień i są zwyczajnie pomocne i potrzebne. Wkyrwia mnie zwyczajnie brak wstępu, czy zakończenia ludzkiej komunikacji, która na tym po prostu zyskuje. Nie mogę pojąć, że rodzice, a w ślad za nimi ich dzieci, pomijają podstawy dobrego wychowania, jednocześnie krytykując nauczycieli, za źle wykonywaną pracę.
Bo choć prawdy powyżej opisane nabywałam również w szkole, to pielęgnowane i utrwalane są one głównie przez rodziców, dziadków, ciotki, wujków.
Bo cóż poczną dzieci, które choć poznają te słowa na początku swej szkolnej edukacji, zamieniane je mają na mniej skomplikowane krótsze i zdaniem rodziców bardziej wyraziste przekleństwa?

Jak żyć?

Żyć oczywiście można, bo cóż począć. Zastanawiam się jednak, czy przyjdzie taki czas, kiedy osoby takie jak my, będą prezentowane jako chodzące analogi w muzeum historii i podziwiane przez osoby, które porozumiewać się będą obrazkami, gestami, czy zwyczajnie bez słów? Czy słowa, nawet najdrobniejsze i trzyzgłoskowe będą zapomniane i wypierane przez emo ikonki?
I tu nachodzi mnie konkluzja, że świat zwyczajnie zatoczy koło, kiedy to człowiek pierwotny rysował na ścianach, potem bekał podobnie do zwierząt, by w trakcie ewolucji wrócić do momentu, kiedy kultura i kindersztuba była w cenie.

Znaczy się, jest szansa na poprawę.
Pytanie tylko czy dożyję 🙂

Wiem, że mój apel niewiele wniesie, bo zasięg mych dłoni, czy głosu niewielki. Liczę jednak na to, że zwrócę wąskiemu gronu uwagę na to, że główną cechą rozumnych ludzi, jest umiejętność komunikowania się, a im piękniej to robimy, im ładniej ubarwiamy, tym z większą dla nas samych mocą ona płynie w świat.

I choć milczenie złotem zwane, czasem lepsze niż bez sensu wypowiedziane słowa, a gadulstwo od dawna uznane za wadę, bywa kolorytem osób bliżej poznanych, to pamiętajmy, że mimo przeświadczeń daleko idących, zwykłe „dzień dobry” może zadbać o lepsze dzieńdoberek na pewno.

2 myśli na “z serii (nie) Pasi Kasi „Dobry dzień będzie, lecz bez słów niestety…!”

Skomentuj Anonim Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.