z serii Pasi Kasi „Marzenia do spełnienia”

Slogany mówią, jeśli masz marzenia, to je realizuj. Składając życzenia często mówimy „spełnienia marzeń”.
Od dziecka marzymy o czymś. Marzymy o lalce, nowym samochodzie, o komputerze, czy o zegarku, potem im starsi, nasze marzenia ewaluują i zwiększa się ich eskalacja żądań, wchodzą wtedy w grę samochód, dom, podróże.
Dlaczego to robimy? Dlaczego wiecznie pomimo posiadania czegoś, marzymy o czymś innym?
Myślę, że to nasza wyobraźnia nie pozwala się nam ograniczać, do tego co namacalne, a i indywidualna potrzeba człowieka ma na celu wskazywać nam rzeczy, które podniosłyby komfort naszego życia.

Moje marzenia bywały różne, ale jedno towarzyszy mi od zawsze. Ale po kolei.

Kiedy byłam w wieku mojej córki marzyłam o tym, aby mieć konia. Kochałam konie odkąd sięgam pamięcią i wielbiłam ich sylwetki, grację i to, że są wolne.
Pamiętaj jak prosiłam Dziadka, aby kupił mi konia. Śmiał się wtedy i pytał „a gdzie będziesz go trzymać?”. „Na balkonie” – padała dość szybka odpowiedź, która jeszcze mocniej rozśmieszała dziadka, bo trzeba dodać iż mieszkaliśmy na trzecim piętrze kamienicy, które wysokością dawało obecne 5 w blokach.

Był czas kiedy chciałam nauczyć się gry na pianinie. Marzyłam o tym, nie po to, by móc występować na deskach filharmonii. Najbardziej podobał mi się pomysł, że mogłabym usiąść do ukrytego w cieniu knajpki pianina i zacząć zwyczajnie, od niechcenia grać, stare szlagiery, wielkie przeboje, zjednując sobie w ten sposób małą kawiarnianą publikę.

Odkąd skończyłam 3 latka, biegałam na zajęcia do Ogniska Baletowego, gdzie uczęszczałam na lekcje baletu. Nie był to poziom szkoły baletowej, ale dawał mi ogromną radość i satysfakcję. Kiedy powoli dorastałam, odkrywając kolejne tajniki tańca w baletkach, zamarzyłam o byciu choreografem. Teraz pewnie byłoby mi łatwiej móc się kształcić, ale wtedy nie było szkoły, która być może mogłaby mi dać choćby podstawy tych umiejętności.
Bycie choreografem, w moim mniemaniu dawało szansę podróżowania po świecie i zobaczenia całej Europy, a być może całego świata.

Jako dziecko, zwiedzałam Polskę jako pasażer w samochodzie mojego Dziadka. Był to fantastyczny Fiat 126p. Dziadek był świetnym kierowcą, który jako pierwszy zaraził mnie chęcią prowadzenia auta. Pamiętam jak posadził mnie za kierownicą swego samochodu, wydał czytelne i cierpliwe instrukcje i pozwolił poczuć tą radość kiedy auto kierowane przeze mnie nabierało tempa jazdy. Teraz marzenie o zrobieniu prawo jazdy do mnie wraca, bo jak bardzo by to ułatwiło pewne rzeczy w życiu codziennym, gdybym zamiast męża wyciągała jedynie siebie na zakupy z córką?
Dodam przy okazji, że Dziadek mój zawsze marzył o tym aby wyżej wspomnianego księcia szos (bo królem był starszy brat Fiat 125p), zamienić na wypasionego Mercedesa.

Pamiętam lato, kiedy pojechałam na wakacje do Cioci, do jej do domu niedaleko Grójca. Piękny drewniany dom, schowany głęboko w lesie, cisza, spokój i to poczucie ogromnego komfortu, że wszystko co się dzieje, ma swoje tempo i swój rytm, nadane przez piękne okoliczności przyrody. Wiele bym dała aby móc zobaczyć ten dom, spędzić tam choćby dzień lub dwa, zjeść przepysznej tarty z owocami Cioci i posłuchać ciszy, bujając się w hamaku.

Nasuwa się zatem pytanie, dlaczego żadne z tych marzeń nie zostało przeze mnie zrealizowane? Mogłabym się dopatrywać sporej ilości powodów, szukać wymówek, potwierdzenia swych teorii. Ale po co.
Prawda jest taka, że zabrakło mi zwyczajnie odwagi, by realizować swe pasje i marzenia. Zwróćcie bowiem uwagę, że wszystkie one były w zasięgu moich możliwości i zwyczajnie do zrealizowania.
Ogromnie żałuję, że nie znalazłam w sobie więcej chęci, która dorównałaby skali marzenia i nie wprowadziłam tych marzeń w życie.
Kto wie, może teraz, miałabym konia (koniecznie karego), na którym śmigałabym w blasku zachodzącego słońca, w garażu stałby wybrany przez MMŻ rodzinny, odpowiedni dla nas samochód, zwiedzałabym świat, będąc wziętą choreografką, grywałabym na pianinie w napotkanych małych kawiarniach, a po męczącym wyjeźdźcie mogłabym słuchać ciszy, na werandzie naszego domku w lesie.

Czy żałuję? Może trochę. Tego, że nadal brakuje mi odwagi, by zrealizować choćby cząstkę tych marzeń. Że bojąc się o każde jutro bez etatu i pewnej kasy, ograniczam się do małego mieszkanka w blokach. Że bojąc się zaryzykować, nie potrafię spełnić marzenia MMŻ o nowym rodzinnym aucie. Choć z drugiej strony, jego natura motoryzacyjnego maniaka, wymagałaby testowania co miesiąc innego samochodu 🙂
Jestem szczęśliwa, bo mam to co mam, a mam wiele. Zawsze jednak, będę mieć poczucie, że mogłabym mieć więcej tego, co bliższe memu ja.
Będę pewnie również patrzyć z zazdrością na tych, którzy nie mają tych ograniczeń co ja i realizują siebie i swoje marzenia, ryzykując wiele, dla samych siebie.

A tak na koniec jeszcze warto zauważyć, że nasza córka i syn mają już swój pakiet marzeń i zastanawiam się, jak ja, nieudacznik w ich realizowaniu, mogłabym im pomóc? Czy jestem w stanie przekonać ich do tego, samemu mając w tym pewne braki?

Skoro moim największym marzeniem, jest to, aby właśnie oni byli szczęśliwi, a do szczęścia potrzebna jest realizacja marzeń, to ja w pierwszej kolejności winnam spełnić moje, pomagając spełniać ich własne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.