z serii Pasi Kasi „14 lat jak jeden dzień”

Takie przyjaźnie zdarzają się rzadko, a w zasadzie nie wiem czy w ogóle.
Zazwyczaj przyjaźń łączy ludzi, którzy któregoś pięknego dnia, spotykają się w pewnym etapie swojego życia, ich drogi się krzyżują, wpadają na siebie przypadkiem. Okazuje się, że mają sobie sporo do powiedzenia, łączą ich wspólne zainteresowania, tematy, przeżycia. Potem przez lata widują się czasem, bądź całkiem często, pielęgnując uczucie, zażyłość, które ich połączyło.
Wbrew przekonaniom, istnieją przyjaźnie nie tylko spod znaku tej samej płci, ale i przeciwnych też, dla tej własnie też posiadam dowód, ale o tym kiedy indziej.

My poznałyśmy się dzięki internetowemu portalowi o nazwie „Jesienne Dzieciaczki”. Była to grupa dziewczyn, które wpadły na pomysł założenia forum, dla Mam dzieci urodzonych jesienią 2004 roku. Trafiłam tam poszukując odpowiedzi na nurtujące mnie, młodą zagubioną w świecie tyle co narodzonego dziecka, matkę. Wpadłam, zaczęłam czytać i tak zaczęła się moja przygoda. Wśród Mam, była sobie Mama Jesiennego Dzieciaczka, o imieniu Iwa (Iwona). Zgadywałyśmy się przy okazji postów o zdrowiu, pielęgnacji, chorób, wymieniając swoje spostrzeżenia, doświadczenia i sposoby na to co powyżej. Każdy pomysł był w cenie, a jeśli przynajmniej u jednej z nas przynosił efekt, mógł stać się czymś na kształt złotego środka na przyszłość.
Przy okazji również, w przypadku właśnie tej konkretnej Mamy, miło było, oprócz tematów związanych ściśle z dziećmi, pogadać, pooglądać i pomarzyć o dalekim świecie, Kanadzie.

Kiedy z powodu doświadczeni oraz rozluźnienia kontaktów między dziewczynami, ale i z powodu moich kiepskich życiowych przeżyć, opuściłam portal, w pewnym momencie jednak, postanowiłam wrócić do kontaktu z dwoma Mamami.
Jedna o pseudonimie Leninka, była adresatem pytań, jak upiec równie dobry, jak Ona tort. Przepis mam do dzisiaj, a tort wychodzi pierwsza klasa.
Druga, to właśnie Iwa. Na szczęście, by założyć konto na wspomnianym forum, trzeba było podać adres email, a ja tknięta czymś w rodzaju przeczucia, te maile zapisywałam, postanowiłam napisać, w głębi ducha licząc na odpowiedź, choć mając świadomość, że może to zwyczajnie nie nastąpić. W końcu minęły chyba dwa lata, adres email mógł się zmienić,a nie wiadomo, czy adresem docelowym nadal była Kanada.
Jakim zaskoczeniem był fakt, że adres nadal aktualny, Iwa pamiętała mnie doskonale z portalu i nadal chciała ze mną pogawędzić.

Potem mijały lata, a my wymiennie pisałyśmy do siebie wiadomości, o tym co u nas, jak dzieci nam rosną, a my młodniejemy, jak płynie czas i co w tym czasie się wydarza. Śledziłyśmy swoje losy, ciekawe postępów naszych pociech, ale i losów bliskich nam osób. I choć wiadomości nie było nadzwyczaj dużo, bo każda z nas zabiegana jak to Mama, to jednak w sprzyjającej wolnej chwili wiadomości wysyłane z Polski, docierały w kilka godzin (różnica czasu) do odbiorcy za Oceanem, by wrócić z wielkiego odległego świata, i przynieść wieści o coraz starszych dzieciach, wojażach, czy też o życiu dnia codziennego, pomiędzy pracą, szkołą i domem. Zwyczajnie, zupełnie tak samo jak tu.

Co roku pytałam, czy uda nam się w końcu zobaczyć. Wiedziałam z góry, że lot nasz do Kanady, raczej w grę nie wchodzi, zbędnym jest też zagłębianie się dlaczego, ale liczyłam, że Iwa w końcu przyleci, spełniając swoje marzenie o powrocie w rodzinne strony. Różnie się jednak w życiu naszym działo i ciągle ten termin się oddalał. Czasem marzyłam by w toto wygrać, bo wtedy pewnie, po spełnieniu życzeń o samochodzie, domku w lesie i porządnych wakacjach, powstałby plan poszybowania za Ocean, pod pretekstem odwiedzenia dalekiego świata. Wszystko po to, by wreszcie zobaczyć moją Przyjaciółkę i pogadać z nią o tym samym, ale na żywo. Niestety nie gramy w toto często, a jak już się odważymy zapłacić podatek od głupoty, to nigdy nic nie wygrywamy.
I znów lata mijały.

I tak w końcu po 14 latach tekstowania, dostałam wiadomość, która ucieszyła mnie niezmiernie. Iwa przylatuje do Polski, zamierza odwiedzić Miasto Królów i w końcu się zobaczymy. Jej, ale i moja radość, nie miała końca, bo spotkanie z osobą, którą znasz, choć nigdy nie widziałaś jej na żywo, było ogromnie ekscytujące. Im bliżej wizyty, zaczęły się jednak pojawiać ludzkie obawy, czy ja, ta dziewczyna z wiadomości, spełnię oczekiwania dziewczyny zza Oceanu i będziemy miały równie dużo wspólnych tematów, by pogadać twarzą, w twarz?
Czy przypadkiem, fakt odcięcia od rozmowy aspektu drogi i komunikatora, nie spowoduje, że okaże się to porażką? W końcu znamy się tylko z pisma pisanego…

Dziś był ten dzień, kiedy Iwa zbiegła po schodach hotelowych, przytuliła mnie na powitanie i w końcu mogę powiedzieć.
Poznałam Ją.
Spotkanie jak dla mnie zbyt krótkie, bo pewnie przez kolejne dwie noce, tematów byłoby jeszcze więcej, ale co poradzić, kiedy codzienność skrzeczy. Pewnym jest jednak, że tak samo gorliwie będę pisać i liczyć codziennie, że może znów na naście lat, spotkamy się i będziemy mieć, podobnie jak dzisiaj wrażenie, że widziałyśmy się i rozmawiałyśmy dopiero wczoraj. To jest właśnie magia zjawiska zwanego przyjaźnią, że po drodze czas, odległość i inne zrządzenia losu, a ona uparcie trwa, a w naszym przypadku słowo pisane, przez chwilę zamieniła na słowo na żywo.

Iwa. Dziękuję Ci za to, że byłaś przy mnie, ze mną, obok mnie przez te 14 lat i sprawiłaś, że utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że nie ma złego w tym nic, że nie masz szansy z przyjaciółką wypić raz w tygodniu kawy, ważne, że masz przez te lata co były i te co nadejdą, z Kim i o czym napisać.
Do zobaczenia!!

1 myśl na “z serii Pasi Kasi „14 lat jak jeden dzień”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.