z serii Pasi Kasi „Rybka lubi pływać”

Ryby – tradycyjna nazwa zmiennocieplnych, pierwotnie wodnych kręgowców, oddychających skrzelami i poruszających się za pomocą płetw.
I można by tak dalej w tym temacie, ale jednak niekoniecznie o to w tym wpisie chodzi, aczkolwiek nawiązywać będzie tak do ryby samej w sobie, jak i do potraw serwowanych.

Do rzeczy.

Kiedy My, wpadamy na spontaniczny pomysł i robimy wszystko, aby go zrealizować, to można powiedzieć, że jest fajnie. Kiedy jednak postanawiamy w rocznicę tego co już zrobiliśmy, powtórzyć to, wtedy robi się już ciekawie. A jeśli pomysł rok później postanawiamy urozmaicić i sprawić by był jeszcze bardziej „na wypasie”, to w naszym rozumieniu musi być smacznie. Żeby było smacznie, trzeba znaleźć odpowiednie towarzystwo, co było wprost proporcjonalnie pewne do pomysłu, a do tego koniecznym jest, odpowiednie miejsce. Bo aby dobrze zjeść, trzeba jednak usiąść.
W trakcie realizowania pomysłu rok po roku, czyli będąc w drodze do Kołobrzegu, zaproponowałam memu MMŻ, abyśmy udali się na pyszny obiad, chcąc dodatkowo uczcić pomysł, a mianowicie Dzień Mamy wraz z nią samą, trochę z dala od domu.

Przyzwolenie otrzymałam, zatem rozpoczęłam poszukiwania, a jak zwykle w takich sytuacjach, nieodzownym i wiernym towarzyszem okazał się Wujek G. Plan był w zasadzie prosty, znaleźć restaurację, z ciekawym wnętrzem, dobrym jedzeniem, gdzie zasiądzie grupa rodzinna w ilości 5 osób i pies. W zasadzie w obecnych czasach otwartości na posiadanie psa, w szerokim wachlarzu różnych restauracji, w ich stylach i pomysłach, można w zasadzie przebierać, jakżeż ogromnym zaskoczeniem był fakt, że choć w Kołobrzegu jest gdzie zjeść, to jednak najlepiej jakby pies pozostał na zewnątrz na czas obiadu.

Nie poddawałam się i sugerując się przede wszystkim klimatem lokalu, jego standardem i opiniami gości z uporem maniaka rozsyłam kolejną wiadomość o treści:
„Chcielibyśmy zjeść rodzinny obiad z okazji Dnia Mamy w towarzystwie psa. Czy istnieje taka możliwość?”.
Kiedy traciłam nadzieję otrzymując kolejno odpowiedzi, że pies jedynie na zewnątrz, skoro już musi z nami być, że najlepiej psa pozostawić w domku, że dbając o komfort gości są zmuszeni odmówić, nagle przyszła do nas wiadomość: „Zapraszamy serdecznie. Psy mile widziane”.
Nie stanowiło również kłopotu, podczas dalszej rozmowy, aby przygotować stół odpowiednio duży dla 5 osobowej rodzinki, zadbać specjalnie o niego z okazji Dnia Mamy, jak również przyjąć rezerwacji na konkretną godzinę.
I wierzcie, bądź nie, to była jedyna restauracja, która zgodziła się na to wszystko, bez chwili wahania.

Gdy przybiegliśmy rodzinnie na miejsce, które wskazała nawigacja, gdyż Kołobrzeg dodam nie jest naszym rodzinnym miastem, zobaczyliśmy budynek, który nawet w 1/10 nie oddaje tego co zobaczymy i czego doświadczymy w środku. Zasada bowiem, „nie oceniaj książki po okładce”, bądź też „pozory mylą” są tu najwłaściwsze i najtrafniejsze.
W środku przemiły Pan Kelner, słysząc tajemne hasła „nazwisko tak i tak, obiad z okazji Dnia Mamy, rezerwacja” odpowiedział „Czekaliśmy na Państwa, zapraszam” Pierwszy raz w życiu dowiedziałam się rzeczy tak oczywistej, a zarazem tak miłej, że czekali właśnie na mnie. „Dobrze, dobrze”, powiedzą tacy, co sceptycznie do świata nastawieni, „Czekali, bo liczy się kasa”, ale wierzcie mi, tutaj liczyłam się głównie ja i to jak dobrze będę się czuła.
Stolik odpowiednio duży czekał w rogu sali, co z uwagi na komfort naszego psa, było ogromnie ważne. Zanim otrzymaliśmy karty, nasz pies został odpowiednio przyjęty, a pod stołem zawitała miska wody i zapewnienie, że oczywiście zostanie uzupełniona, gdyby była taka konieczność. Ponieważ nasz pies, to specyficzny przykład zwierza „mnie tu nie ma”, szybko tak my, jak i Osoby z obsługi uwierzyli, że tak jest.

Z ogromną dbałością przystrojony i przygotowany stół, żywe kwiaty w wazonie, które podkreślały charakter obiadu, to dopiero wstęp.
Kiedy otrzymaliśmy menu, rozpoczął się najtrudniejszy moment całego obiadu, gdyż ze wszystkich cudownie opisanych i interesujących z samego opisu dań, należało wybrać ilość możliwą do skonsumowania. Menu bowiem jest bardzo inspirujące i ogromnie pobudza wyobraźnię, a co za tym idzie, wszystko staje się tam smaczne i godne spróbowania. Tajemnicza również, do samego końca, pozostaje kwestia zapachu dania, gdyż czujemy go dopiero na talerzu przed sobą, a to wskazuje, dla bardziej doświadczonych bywalców, że zadbano o klimat lokalu nie tylko poprzez jego wystrój, co karmi oczy, ale i odpowiednią atmosferę wyczuwalną tylko nosem.
Absolutna bajka rozpoczęła się, gdy zamawiane dania zaczęły wjeżdżać kolejno na stół. Na początek dla większych łakomczuchów zupy, fantastycznie oddające klimat restauracji tak smakiem jak i wyglądem. Tak, podanie odpowiednie zupy, z uwagi na jej nieatrakcyjną konsystencję, bywa trudniejsze niż dania drugiego. Zupy prawdziwe, nie udające smaku określonego z karcie, były wspaniałym początkiem dalszej uczty.
Drugie dania okazały się absolutnymi arcydziełami, i aż szkoda było burzyć ich fantastyczną harmonię nieprzesadzonego wyglądu, jak i pomieszania smaków. Rodzaje sosów, zaproponowanych warzyw, czy też dodatków, tworzyły niespotykaną spójność, zadowalając nawet najbardziej wybredne kubki smakowe. Każdy kolejny kęs, przekonywał, iż łączenie smaków, kolorów i konsystencji tak różnych, potrafi stworzyć idealną całość.
A co bardzo istotne, jeśli nie najważniejsze, w każdym daniu, przystawce, zupie i deserze, czuć było serce i oddanie pasjonatów jedzenia, chcących się dzielić się tym, co na prawdę jest smaczne.

Nasze obżarstwo zostało zaspokojone, wręcz z nadmiarem. Pełne brzuchy i szczęśliwość kubków smakowych, wzdychały z każdym ruchem po posiłku. Cieszyła radość Pana Kelnera, słyszącego kolejne zachwyty z ust 5 osobowej rodzinki, choć wcale się o nie, nie upominał. (i tu ważna, ale rzadko już stosowana zasada, że w bardzo niedobrym smaku jest pytać klienta „czy mu smakowało” Uwierzcie mi, jeśli smakuje klient sam Wam o tym powie :)).
Na ogromny podziw z mojej strony absolutnie zasługuje, że znajomość karty menu to jedno, ale umiejętność opowiedzenia co „kuchnia serwuje”, to drugie. Mnie bowiem bardziej smakuje to, co opisze mi ktoś, kto nie tylko wie, jak to smakuje, ale jest przekonany do faktu, że to jest smaczne.
Chciałoby się tam zostać, zgłodnieć i zjeść więcej, za każdym razem wybierając coś nowego, bądź zostając przy smakach absolutnie ustrzelonych i trafionych za pierwszym razem. Niestety tak pojemność brzuchów, jak i czas, ograniczały nas jak na złość i z ogromną przykrością opuściliśmy lokal, zostawiając jednak po sobie kartkę z życzeniami i słowami uznania.

I biorąc pod uwagę powyższe, ale zostawiając też coś dla siebie tylko, wskazuję Wam Rybę, jako wartą uwagi, licząc, że za rok, dane mi będzie wypłynąć na szerokie wody smaku i pasji osób tworzących to miejsce.

Absolutnym bohaterem jest:

Restauracja Fishka & Fiszka
Solna 12, 78-100 Kołobrzeg
tel. 609 357 819
www.fishkafiszka.pl
https://www.facebook.com/fishka.fiszka/

2 myśli na “z serii Pasi Kasi „Rybka lubi pływać”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.