z serii (nie) Pasi Kasi „A miało być jak w banku”

Obiecałam, a zatem proszę.
W sumie to szkoda mi miejsca na nią, ale „słowo się rzekło, kobyłka u płota…”

Ja osobiście skusiłam się na ten film z uwagi na obiecującą obsadę wspaniałości polskiego kina. Dziędziel, Dyblik, Ferency, Stuhr, Opania, Cieślik, Walach. To tak, jak wybierasz się na film z Johnnym Malkovich i masz pewność, że to będzie dobry film. Chyba, że ryzyko wtopy, to w zasadzie procent błędu, który zdarza się zawsze.
Tu jednak, ta prawidłowość nie zadziałała.
Cóż obsada to nie wszystko.

Pamiętam, jak po raz pierwszy, obejrzałam komedię kryminalną Vabank. Mój dziadek, fanatyk telewizji, posadził mnie kiedyś u siebie przed telewizorem i zabrał mnie w świat świetnie nakręconej i zagranej komedii, która do dziś dnia bawi i cieszy, a powiedzenie „ucho od śledzia” znają wszyscy.
Fabuła była poukładana od początku, miała typowy dla tego gatunku efekt akcji i reakcji, świetnie zbudowaną historię, a co ważne intrygę, która od początku do końca trzymała w napięciu i nagradzała na koniec widza, świetnym finałem. Jak dorzucimy do tego świetną grę aktorską, takich sław, jak Pyrkosz, Machulski, Pietraszak, Szykulski, Mielnik. Majsterczyk, efekt murowany.

I teraz, mało znany reżyser, Szymon Jakubowski, zabiera się za gatunek bardzo wymagający, licząc, że pewna obsada uratuje fakt braku konkretnej intrygi, rozciągającej się i gubiącej wątek fabuły i w sumie na koniec, brak jakiekolwiek dobrego pomysłu.
No bo niby interesującym jest pomysł iż napad na bank jest inicjatywą zmęczonych życiem trzech starszych panów. Śmiesznym jest postać głupkowatego, ale pełnego służbowego drygu prokuratora. Ciekawym, być może, element zemsty, ale i towarzyszącej temu, dobrej intencji pomocy schorowanemu kumplowi. Gdy jednak to wszystko, próbujemy sklecić i zrobić coś na wzór wspomnianego klasyka, lub nawiązać do Vinci, Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra, czy Osaczeni, okazuje się, że to wcale nie takie proste.

Historia trzech panów, jeszcze się jakoś klei, zupełnie jak ich przyjaźń, oparta na prostych, zwyczajnych zasadach, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, w imię przyjaźni i w nawiązaniu do reguł, mało znanych w obecnych czasach.
Pan prokurator próbujący nadążyć za nimi, sprawiający nad inteligentnego faceta, jest zwyczajnie nadętym dupkiem, głupkowatym lekko, że niby bardzo cwanym, ale jakżeż bez wyrazu jednocześnie. I to nie wina Macieja Stuhra, obsadzonego w tej w roli, która być może scenariuszem obiecywała więcej. Przecież ja osobiście do warsztatu aktorskiego tego pana zastrzeżeń większych nie mam. Ale scenariusz i wizja to nie wszystko, a bynajmniej nie wystarczający element, by stworzyć kogoś, kim w ostatecznym rozrachunku nie jest.
Do tego jak dorzucimy, młodych aktorów naszego kina, miotających się bardziej w fochach na siebie sprzed lat, niż w konstruktywnym poruszaniu się do przodu w zbudowanej intrydze, a w zasadzie jej braku, daje dowód pierwszy i bardzo znaczący, że próba naśladowania mistrzów, zobowiązuje do czegoś bardziej ambitnego.
Może nie koniecznie trzeba im dorównać, co z tym poziomem filmu jest raczej a wykonalne, a raczej traktować ich jako inspirację, wzór do naśladowania, warsztat pełen ważnych wzorców, przykładów i uwag.

I tak, jak tą całą stertę niedociągnięć, pomysłów, bez pokrycia w efekcie, pomieszamy z grą aktorską sław polskiej kinematografii, ludzi o znamienitym warsztacie szkół aktorskich z tradycjami, chcielibyśmy i spodziewamy się, mieć w efekcie choćby coś, a mamy wielkie „G”. Szkoda, bo w sumie od czasów Vinci, czyli roku 2004, nie powstała w Polsce dobra, lepsza i świetna komedia kryminalna. I nie ma tu znaczenia, że autor wspomnianej w poprzednim zdaniu komedii, nakręcił ich jeszcze kilka. Cóż z tego, skoro nawet w najmniejszym stopniu nie dorównały tym pierwszym, najbardziej znanym.

Mam bowiem nieodparte wrażenie, że podobnie jak kabarety, schodzące na psy, podobnie komedia idzie w podobnym kierunku, tylko dlatego, że przestaje bawić nas dowcip inteligentny, a wypiera go ten głupi i wulgarny.
Kiedyś bawiliśmy się formą gagów w nawiązaniu do postaci, wydarzeń i ubarwionego życia codziennego, a teraz, śmiejemy się z ludzkiego nieszczęścia, głupoty i braku elokwencji. W jaką stronę to zmierza? Bynajmniej nie w dobrą z punktu widzenia wymogów widowni i osób mogących spełnić oczekiwania. Nie sądzę bowiem, że Juliusz Machulski jako twórca wspomnianego Vabank tworzy Voltę, która jest pełna głupich, mało śmiesznych gagów, które skierowane są do poziomu społeczeństwa, chodzącego do kina.

Dlatego, w nawiązaniu do powyższego, podsumowanie nasuwa się jedno, iż nie warto wybierać się na film do kina, który obejrzany w telewizji między wódką a zakąską, będzie lekką przepitką między kielichami.

4 myśli na “z serii (nie) Pasi Kasi „A miało być jak w banku”

Skomentuj renault clio key Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.