Z serii Pasi Kasi „Koncertowo zagrane”

Jego piosenkę po raz pierwszy usłyszeliśmy oglądając serial, który nie zagościł na długo na ekranach telewizora. Wtedy w ucho wpadła nietypowa dla obecnych czasów melodyjna i wpadająca w ucho piosenka „Dla Mamy”. I ta własnie stała się moją ulubioną.
Szybko na półce z płytami pojawiła się obowiązkowo pozycja „Bumerang”, która od początku urzekła mnie melodyjnością piosenek, tekstami o czymś i tym, że Ten Mały Wielki człowiek, dźwiękami swej muzyki poruszał w nas, odbiorcach najwrażliwsze aspekty duszy. Nieistniejący w mediach Fenomen i płyta, która, gdyby była winylem, zostałaby zwyczajnie zdarta od ilości odtworzeń.

Pan Kuba W. zaprosił go do swego programu i wtedy okazało się, że Ten Wrażliwy Młody Pan, doświadczony przez życie, dzięki muzyce właśnie, odnalazł swoje miejsce na ziemi, a dodatkowo, zamknięty w tym świecie i tworząc perełki muzyczne, kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że coraz więcej osób zaczyna uwielbiać te jego kawałki i chce ich jeszcze więcej. Dlatego powstała druga płyta „Mój Dom”. Nadal jednak jego Fani, których z każdym dniem przybywa, wciąż czują niedosyt. Zatem w ślad za tym, rozpoczęły się trasy koncertowe. Te jednak, tylko dla wybranych, którzy są w stanie kupić bilet w tempie 20 minut, bo mniej więcej tyle trwa ich wysprzedaż od momentu otwarcia możliwości zakupu.

Zatem dlatego własnie, mogę się nazwać absolutną Szczęściarą. Tą, która w ciągu wspomnianych kilkunastu minut, nabyła bilety i mogła uczestniczyć w absolutnie koncertowo zagranej uczcie muzycznej, stworzonej przez Dyrygenta z niewyobrażalną wrażliwością, potrafiącego dotknąć wszystkie ukryte nuty drzemiące w naszych duszach, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.

Koncert, jak to w Polsce i przy obecnym poziomie kultury, rozpoczął się z opóźnieniem, ale chcąc czekać na wszystkich, Artyści są zmuszeni dostosować się do tych własnie, którzy kompletnie na to nie zasługują.
Zagrane były najbardziej znane kawałki z dwóch pierwszych płyt, ale pojawiły się również zupełnie nowe przeboje, które po raz trzeci, ale pewnie nie ostatni zaskakują tą samą subtelnością dźwięku i mądrością przebiegłych tekstów. Tu nie wyczerpują się pomysły na mądre przesłania, opowiadające o czymś, co dodatkowo okraszone muzyką, płynącą wprost z serca, ale i bolącej duszy, nadzwyczajnie budują koncertowy majstersztyk.
Fenomenalnym jest oprawa dźwiękowa, zagrana przez 6 męskich orkiestr, które pod wprawną batutą zmysłowości Dyrygenta, tworzą perfekcyjną orkiestrę, grającą sercem, sercem do muzyki, stworzonej przez tytułowego Autora. Nie brzmiało by to bowiem własnie tak, gdyby nie ich osobne serca, każde z sześciu z osobna, otwarte na dźwięki w samo sedno i tekst napisany w punkt.

Całość muzycznej, najważniejszej części przedstawienia, dopełnia świetnie zaaranżowana oprawa świetlno – dymna. Dym z pewnością stworzony z uwagi na skromność samego Dyrygenta i Autora ma na celu owiać wszystko jeszcze większą tajemnicą. Zaś światła, ich gra i dodatkowa tajemniczość, ma zwyczajnie nie pozwolić, by bijący w twarz jupiter, pokazał zbyt wiele, nie zdradził za dużo.
Nie dziwi mnie Jego skromność, choć odebrana może być zupełnie odwrotnie, jako fałszywa i bez sensu, że nadęta i tak dalej.
Ja jednak jestem przekonana, że skromność Artysty polega na tym, że tworzy On coś z myślą ukojenia głównie swej duszy, a to, że decyduje się tym z nami podzielić, to dar, który winniśmy docenić.

Wywodzę się z domu, gdzie muzyka towarzyszyła mi od dziecka. Jakąś tam wrażliwość na nią samą, ale i jej wykonanie posiadam, szczególnie, że dziadek był muzykiem. Abstrahując jednak od powyższego, bo to wyznacznikiem nie jest, a biorąc pod uwagę fakt iż sama ani jej nie tworzę, ani tym bardziej nie gram, to słuch wrażliwy wie, gdzie prawdziwe piękno zostało ukryte, na pięciolinii, wśród nut.

Dlatego z całego serca polecam Wam, każdą następną okazję kupienia na czas biletu i wybrania się na to przedstawienie. Przeżycie, które będzie samo w sobie absolutnym zenitem przyjemności, ale należy mieć nadzieję, że właśnie element przyjemności pozostanie z Wami na długo i oby Wam wystarczył do następnego razu.
Bo ekstaza, choć cudownie fantastyczna, winna być uzupełniania.

I choć być może, czytając recenzję, nie jesteś jeszcze Fanem Korteza, bądź nigdy nim nie zostaniesz, to jestem zdania, że jego twórczość, winna być obowiązkową lekturą muzyczną dla początkującego odbiorcy świata dźwięku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.