z serii Pasi Kasi „Ach ta BEZA…”

Może to śmieszne lub mało poważne, jak kto woli, ale jeśli powiem Wam, że lubię wracać
w miejsca by przeżyć emocje związane z jednym szczegółem, mogę spotkać się z kpiną
lub śmiechem zwątpienia.
Pewne jest jednak, że do tego właśnie miejsca, wróciliśmy w tym roku dla…BEZY.

Miejsce to odkryliśmy w zeszłym roku, podczas przeszukiwania ogromnej bazy i oferty restauracji
i miejsc, gdzie można zjeść dobrze, lepiej, bądź gorzej. Wiem bowiem z własnego doświadczenia, że kiedy przy pomocy „Wujka Google”, staramy się zdecydować, gdzie w tym dniu pokieruje nas głód i apetyt na obiad, lista może być długa i zaskakująca. Tak też było i wtedy, kiedy zwiedzając Trójmiasto, szukaliśmy miejsca przyjaznego zwierzętom i oferującym dobre jedzenie.

„Aleja 40”, to skromny, niczym specjalnym nie wyróżniający się lokal w centrum Gdyni.
Nie wyróżniający się otoczką architektoniczną, zachęcający w zasadzie na wstępie małymi stoliczkami, ukrytymi pod parasolami, ale witający sympatyczną obsługą i szeroką ofertą kulinarną. Nie jest ona bowiem ograniczona jedynie do obiadów, kolacji, napoi i drinków,
ale również ubarwiona sporą ofertą śniadaniową.

Dokładnie rok temu, pokochałam tam zupę dnia, którą był chłodnik z ogórka i rzodkiewki!
I od razu śpieszę z wyjaśnieniem, że absolutnie nie jestem zwolennikiem chłodników, lub inaczej rzecz ujmując, zimnych zup owocowych, ale ta zupa, a w zasadzie lepiej byłoby powiedzieć, majstersztyk sztuki kulinarnej skradł moje, wybredne serce konsumenta. Wybredne, bo mało odważne, by próbować nowe smaki, niespotykane połączenia, nie tak oczywiste z opisu w menu. Zupa ta, przekroczyła moje wyobrażenie chłodników, znanych jako kompot owocowy z kluskami
z dzieciństwa, zabarwianych czasem jogurtem, by była treściwsza. Smak był tak zaskakująco prosty, z połączenia ogórka i rzodkiewki, a zarazem tak wielobarwny w smaki i konsystencje,
że swoją porcją byłam zmuszona podzielić się z córką.

Kolejne zaskakujące smaki, feeria barw na talerzach, elegancka forma podania, okraszona uśmiechem osób serwujących, sprawiła, że delektując się nimi, człowiek zwiedził ciekawe zakamarki świata kulinarnego. Kolejnym razem bowiem, potwierdził się fakt iż pasja ludzi, przeplatana sercem i doprawiona chęcią tworzenia czegoś co jest sztuką, a nie jedynie formą karmienia, jest przepisem na sukces. Zauracza również wrażliwość na obecność czworonogów,
dla których znajdzie się również miska pełna wody i troska, by one, mimo swej roli towarzysza również czuły się zwyczajnie dobrze.

I choć kolejne dania, sprawiały, że czuliśmy się nie tylko syci na brzuchu, to i zaskakująco lekcy, gdyż potrawy te przygotowywane są bez nadmiaru wszędobylskiego tłuszczu, wyczuwalnego głównie z okolicznych miejsc, typu „szybkie jedzenie”, czy okolicznych barów, „restauracji” i tym podobnym trucicieli. To sztuka rzadko spotykana nadal, mimo szerokiej oferty miejsc gotowych zaserwować jedzenie, gdyż w naszej Polskiej kuchni niestety sytość uzyskujemy nie różnorodnością składników, a głównie ciężkością tłuszczów tak płynnych, jak i stałych.

Wszystko to jednak, co dane nam było spróbować, jest skromnym wstępem, do finału na miarę słynnej gwiazdki michelin, a jeśli ktoś ma inne zdanie, co jest prawem konsumenta, miejsce „Aleja 40” otrzymuje gwiazdkę ode mnie i sygnaturę „PasiKasi”. A za co? Zapytacie. Ano za deser „Ach ta… BEZA” (użyta nazwa jest moją, bo w karcie widnieje skromnie jako zwykła „beza” oddając pozycje innym słodkościom, dodam, że równie smacznym).
Nie jestem smakoszem, choć chwalę rzeczy, które mi smakują. Nie jestem krytykiem kulinarnym, choć odważnie wskazuję miejsca, gdzie dane danie mnie zachwyciło. Podobnie jest teraz.

Bezy, dane mi było jeść w kilku i z kilku miejsc, były duże, mniejsze, z owocami lub bez, oblepione bitą śmietaną, lub różnymi kremami, ale żadnej do obecnie omawianej, nie jadłam tak wolno, delektując się każdym jej kawałkiem, każdym kęsem cudownego kremu mascerpone, oczekując iż za każdym razem kiedy jej uszczknę choćby kawałek, zamiast jej ubywać, będzie przybywać, móc zaspokoić rosnący głód na nią, w miarę jej spożywania.
Cudownie upieczona, zaskakuje kruchością z wierzchu i kleistą formą w swoim wnętrzu.
Spotykana przeze mnie biała, niepopękana beza to dla niektórych ideał. Jej kolor i gładka powierzchnia to zasługa długiego suszenia w niskiej temperaturze.
Myślę jednak, że tej konkretnej towarzyszy wyższa temperatura co sprawia, że beza jest lekko popękana i w kremowym odcieniu. Jednak taka rustykalna popękana beza również ma urok
i z dodatkiem wspomnianego wspaniałego kremu, sprawia, że jest „Ach tą…BEZĄ”.

Wiem, że to może śmieszne i trywialne, pisać o miejscu z perspektywy „Ach tej…BEZY”, ale jeśli po roku trafiamy z MMŻ i córką w to samo miejsce, przez chwilę nawet nie rozważając opcji wyszukiwania czegokolwiek innego. Delektujemy się kolejnymi pysznymi daniami, licząc na słodki finał, a gdy go danego dnia nie otrzymujemy, wracamy w dniu następnym, zamawiając trzy porcje „Ach tej…BEZY” telefonicznie, aby nikomu nie przyszło na myśl, by nas ubiec, to czy to nie jest dowodem, że na prawdę warto?
A na koniec dodam, że wczoraj planując kolejne wakacje, w kolejnym punkcie „do zrealizowania”, Restauracja Aleja 40, ma już swoje miejsce, jako obowiązkowe do odwiedzenia.

Dziękuję Tym, którzy tworzą to miejsce i odkrywają swe serce w kolejnych pysznych daniach, nadając sens swej pasji kolejnymi uśmiechniętymi facjatami Klientów i niech „Acha ta…BEZA”, nie będzie ostatnią i jedyną w swym rodzaju perłą, gotową odkryć prze Każdego głodnego, który tam trafi.

Aleja 40
Aleja Marszałka Józefa Piłsudskiego 40, 81-378 Gdynia, Polska
https://aleja40.pl/
restauracja@aleja40.pl
+48585260722
https://www.facebook.com/aleja40
https://www.instagram.com/aleja_40/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.