z serii (nie) Pasi Kasi „Kiedy praca?”

Zastanawiam się, kiedy jest najlepszy moment, by rzucić robotę?
Czy wtedy kiedy mamy jej dość, a ona zwyczajnie nie sprawia nam żadnej przyjemności?
Czy też wtedy, kiedy nic co uda nam się w niej zrobić nie daje radości?
Czy może wtedy, kiedy przełożony podniósł Ci tak ciśnienie, że w zasadzie masz już nadciśnienie?
Czy może też wtedy kiedy niedziela bywa zepsuta, przez myślenie bez przerwy o jednym… „że musisz jutro wstać i znów iść do pracy”.

No, ale nikt nie obiecywał, że praca na etacie ma być przyjemna, sprawiać radość, zapewniać zdrowie i spokojne niedziele.

Ale jednak coraz częściej mam ochotę, żądać urlopu na poniedziałek, coraz częściej w piątek czmychałabym na wagary.
A przecież ja lubię swoją pracę. W tej pracy jest coś, co mnie przyciąga, coś, co sprawia, że mi się chce.

To dlaczego ostatnio jest więcej tego, czego nie lubię, żołądek ściśnięty wieczorem, bądź rano, a dźwięk budzika jest koszmarem poranka?

Ale co, jeśli mi się jednak nie chce.
Kiedy mam ochotę wymyślić pretekst, żeby się w niej nie pojawić?

Dlatego dzisiaj cały dzień zadawałam sobie pytanie, kiedy praca staje się tak nachalna i tak głęboko pakuje się bez butów w nasze prywatne życie, że zwyczajnie zaczyna Ci to przeszkadzać i zwyczajnie wiesz, że jedynym uczuciem jakim obdarzasz swoje miejsce pracy, to ogromna niechęć.
Co w takim razie jest nie tak? Co sprawia, że masz jak masz?

Moja obecna praca mieści się za lasem w kierunku dużego miasta.
Blisko, cudownie blisko. Czego zatem więcej chcieć. Kiedyś tłukłam się busami już po 5.00 rano, by wracać do domu po 17.00. A teraz w 15 minut nawet spacerkiem jestem w domku.
Następnie, a w zasadzie przed pracą daleko, pracowałam w miejscu ogólnie dostępnym, poprawiającym stan zdrowia, gdzie miałam rewelacyjnego szefa, a w zasadzie szefostwo w trzech osobach.
Jeszcze przed tym była wielka korporacja i choć to kompletnie nie moja bajka, to jednak kilka koleżanek i kolegów zapadło mi w pamięć.
A przed tym wszystkim, było inne miasto, a stamtąd też praca, z której coś przydatnego i jedynego w swym rodzaju zapamiętam na zawsze. Przyjaźń.

I teraz po kolei:  Najlepiej chyba byłoby, jakby się udało poprzednią firmę przenieść w miejsce obecnej. Z jeszcze poprzedniej zabrać szefostwo w trzech osobach. Dorzucić do tego kolegów i koleżanki, wesprzeć to przyjaciółką na dobre i na złe i powstałaby firma i praca idealna.

A obecna praca, ma jedną podstawową wadę! jest jej kurna za dużo dla jednej osoby. Nie potrafię tylko o tym fakcie przekonać właścicieli. Właścicieli, którzy oferują mi większą premię, ale ta jak na złość nie usiądzie ze mną w biurze i nie przejmie części obowiązków.
I jak rozumiem ich niechęć do wydawania pieniędzy i do płacenia kolejnej osobie 12 miesięcznej pensji, tak uważam, że ta inwestycja mogłaby się za chwilę zwrócić. Ale mój szef jest mistrzem inwestycji z zyskiem, zatem powinien to pojąć w locie. No bo nie ma jak inwestycja, która może zaprocentować.
Niestety opłacalność tego rozwiązania widzę tylko ja i dopóki właśnie tak będzie, ja nabawię się wprost proporcjonalnej depresji, a jeśli nawet nie, to z każdym kolejnym dniem będę do tej pracy tracić zwyczajnie serce.
Żal mi tylko tych wszystkich ludzi z którymi współpracuję, bo zamykam się również na nich, bo brak mi chęci i brakuje mi serca.

I myślę sobie, że kiedy praca wkracza w naszą prywatność, zabiera humor, siły
i chęci tak potrzebne, to na pewno jest to znak, który jest dowodem na nienajlepszy obrót rzeczy. Ale to z drugiej strony odkrywcze nie jest i na pewno mówiąc czy pisząc takie rzeczy na pewno nie zabłysnę.
Tylko dlaczego kyrwa*, kiedy przychodzi choroba, nie traktujemy jej identycznie lekceważąco? Nie rzucamy się na łóżko, tak samo sprawnie jak
w większy wir pracy??
Dlaczego kyrwa nie wyłączamy się na potrzeby pracy w echu naszych głośno krzyczących potrzeb???
Dlaczego kyrwa ponad odpoczynek, oddech, zdrowie, spokój i szczęście przedkładamy kolejną konieczną ratę, którą trzeba zapłacić????
Dlaczego kyrwa kiedy przez nią nie tylko nie możemy się wyspać, ale i nie możemy zwyczajnie chorować, opiekować się sobą nawzajem i każdym
z osobna?????
Własnie wtedy kyrwa to co jest do zrobienia, co jest do ogarnięcia w pracy, jest ważniejsze niż to co zjem dziś rano na śniadanie??????
Przez nią kyrwa więcej warczę na dzieci, więcej się na nich denerwuję, więcej krzyczę, nie dostrzegając tak na prawdę ile codziennie osiągają???????
Przez nią i zmęczenie nią wywołane, czy to fizyczne, czy to psychiczne, nie sypiam z MMŻ tak często i tak dobrze jak bym chciała???????? Nie wspomnę tu o seksie, który mocno cierpi też własnie z tego powodu.

Bo wszystko co ostatnio się nie udaje, co sprawia, że mniej szczerze się uśmiecham, że wszystko w domu działa zadaniowo, że w życiu codziennym brakuje mi spontanu, zwyczajnej radości na to co najgłupsze, a nie to co najmądrzejsze, że bardziej mi się codziennie nie chce niż chce, że warczę o byle co i na wszystkich… To wszystko wynika z faktu, że praca stała się czymś absolutnie najważniejszym, przysłaniającym rozsądek i spokój działania.
Stała się nie zaproszonym członkiem rodziny i nie dość tego, że jest cholernym egocentrykiem, to bardzo rozpycha się na narożniku życia codziennego, czasem nawet zrzucając z niego członków rodziny.
Kyrwa…. przesada.

Ale z drugiej strony spróbujcie wytrwać bez niej, bez pensji, bez kasy na kolejną ratę, lub partię na wakacje.
Spróbujcie bez niej zapewnić jedzenie, leki, ubranie swoim dzieciom. Spróbujcie pielęgnować pasję córki i marzenia syna.
Spróbujcie pojechać raz w roku na wakacje.
Spróbujcie wyleczyć zęby syna i zapalenie zatok córki.
Spróbujcie pomieszkać nie płacąc za mieszkanie.
Spróbujcie nie kupić chleba, wędliny i ulubionych jogurtów dzieci.
Spróbujcie ich nie ubrać, spróbujcie wszystkiego, bez pieniędzy.

I bądź tu człowieku szczęśliwy. Bądź tu człowieku mądry.

Ale może to nie praca mnie ogranicza. Może to ja ograniczam się sama.
Może praca jest tylko wymówką dla mnie, aby nie robić pewnych rzeczy inaczej, lepiej, bardziej od siebie i dla siebie.
Właśnie, dla siebie głównie.
A może to ja sama mam kyrwa problem i winnam się nad tym zwyczajnie pochylić. Zwyczajnie nie dać się zwariować i przestać narzekać?
A może to tylko mnie się wydaje, że mamy tak ogromne potrzeby, może sztucznie je zawyżam. Może wystarczyłoby znacznie mniej, znacznie spokojniej, znacznie bardziej obok siebie i dla siebie.

I dlatego, że lubię moją pracę z uwagi na ludzi, z  którymi się codziennie spotykam. I robię to głównie z ogromnego poczucia empatii i zrozumienia trudnych sytuacji zwykłych ludzi, bo sama jestem zwykłym człowiekiem.
Potraktuję od jutra tą pracę, jak misję.
Misję taką swoją, dla siebie i przeze mnie.
Może jak podejdę jak wariat na przeciw tego, że robiłam to ostatnio tylko z rozsądkiem, może przez wariactwo uda mi się to ogarnąć i opanować.

A wtedy być może będę mogła powiedzieć jak Thomas Alva Edison:

„Nie przep­ra­cowałem ani jed­ne­go dnia w swoim życiu. Wszys­tko co ro­biłem, to była przy­jem­ność…..”

TA…. akurat.

  • kyrwa – słowo uważane za obraźliwe zamieniam sobie w takie 🙂

1 myśl na “z serii (nie) Pasi Kasi „Kiedy praca?”

  1. Jesteś czwartą osobą w fabryczne po wszechwiedzącym – naprawdę dużo zależy od tego czy przyjdziesz za tydzień do pracy, a za taką odpowiedzialność się płaci – co miesiąc przelewem:) Myślę, że gdyby bratanica złomiarza musiała z powrotem zająć się papierami to na pewno zaraz by zaczęli szukać jakiejś osoby do pomocy, a wtedy szybko by pożałowali że cię nie mają:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.