z serii (nie) Pasi Kasi „Szwagry… szwagierki…”

Miałam taką ci ostatnio wątpliwą przyjemność spotkać Szwagra MMŻ, bo to nawet nie jest mój szwagier.
Bo tak dokładnie, było to tydzień temu, ale siedzi to we mnie, zatem może
to zwyczajnie wyrzucę w postaci słów w waszą stronę, to mi jakoś łatwiej
i lepiej będzie.

Mój przyjazd tu gdzie jestem wiązał się z porzuceniem życia tam gdzie byłam po 30 latach. Korzonki trzeba było wyrwać dość już wrośnięte mocno, odzwyczaić się od wielkich przestrzeni i wielkiego miasta i wprowadzić się do małego mieszkanka, w małym miasteczku, do życia całkowicie po mojemu.
Tu już nikt nie miał prawa mi się wtrącić, bo mamy obok w pokoju nie było, co to musiałam się do niej wiecznie dostosowywać i szanować. Teraz jedynie nasze wspólne 49 m2.
Kolejną rzeczą było wejście do rodziny MMŻ, który zapakował mnie
w samochód i przywiózł tu gdzie jestem, pełen nadziei, że to właśnie co wybrał, jest tym właśnie co chciał, czego pragnął.
No cóż, jakaż była nasza radość, kiedy pojawiały się miłe telefony, słowa ze strony rodziny MMŻ, jak to fajnie, że jestem, że przyjechałam. Przekaz był jeden…. jest fajnie.
Było jednak niezbyt długo.
Dlaczego??

Ano dlatego, ze ja twardo stoję na swoich dwóch nogach, bo życie w dupę mi ostro dało, zatem jak stoję to wiem, że żyję i nikt mnie ruszyć nie ruszy,
a bynajmniej krzywdy nie zrobi. Jak twardo stoję, tak konsekwentnie bronię swojego zdania, które jak wiadomo jest różne od zdania innych.
W końcu każdy z nas ma prawo, do swojego zdania.
I tu pojawia się pierwszy problem, bo dobra teściowa, siostra MMŻ, szwagier i inne osoby z rodziny, chciałyby mi powiedzieć jak żyć, jak wychowywać dzieci, jak postępować. I zdaję sobie nagle sprawę, że moje życie przestaje być moje, a zaczyna być wspólne. Wspólne z wszystkimi tymi, z którymi finalnie do łóżka nie idę. Bo z całym kyrwa szacunkiem chodzę do łóżka z wybranym. Wybranym jest MMŻ, któremu wierna jestem i z nim będę dzielić łóżko, czy to do spania, czy do kochania, czy do innych rzeczy, które można w łóżku robić.
Niestety jak można się łatwo domyślić, moja wizja świata, wychowania dzieci, kochania i postępowania, mocno różni się od tego, które reprezentuje rodzina MMŻ. Zatem rodzi się na początku nie konflikt.
Z każdym kolejnym dniem konflikt narasta, staje się nie do zniesienia, jest wprost niewygodny.

No to zaczynamy drugi etap, czyli walkę o to, co nadal może być fajne. Zaczynamy walczyć o w miarę poprawne stosunki, które pozwolą wytrzymać przy stole przez czas trwania obiadu rodzinnego, czy tez imieninowego i choć są pełne złośliwości, jakoś dajemy radę. Ale człowiek nie świnia, graice wytrzymałości ma.

I niestety.
Staram się jak mogę, kulturę wychowaną, wyuczoną, narzuconą przez wszystkie lata wyciągam za każdym razem i szastam nią na lewo i prawo,
ale jednak nie leży ona wespół w zespół z nachalnością rodziny.
Bo moim zdaniem, zwyczajnie moim, rodzina to ja, mój mąż i moje dzieci,
a reszta to dodatek wynikający z biegnącej historii. Rodzice oczywiście są ważni, bo do nich możemy walić jak w dym, kiedy potrzebujemy pomocy,
lub wsparcia, bądź zwyczajnie kasy.
Siostra winna być wsparciem, merytorycznym bądź też zwyczajnie siostrzanym. Niestety to jednak nie zadziała, kiedy kobiety te (siostra, mama) są zbyt zachłanne i zbyt zaborcze. Chciałyby mieć wszystko na wyłączność, mieć prawo decydować za nas i narzucać nam swoją wolę, jako jedynie słuszną.
Heloł.
Mam się dobrze, jestem prawym człowiekiem, nikomu fizycznej krzywdy nie zrobiłam, jeśli mówię to świadomie, to co wiem i czego jestem pewna.
Jeśli mam powtórzyć co mówię i co powiedziałam, to robię to, skoro świadomie, to pamiętam. Mam jednak problem z rzeczami, których nie powiedziałam zdaniem swoim i jedynie właściwym, a szwagier twierdzi,  żeby było inaczej. Ba. By jeszcze udowodnić swoją rację mówi, że MMŻ nie był tego świadkiem, co na pewno powiększa jego wiarygodność, no bo skoro nikt nie był świadkiem tego co jego zdaniem się wydarzyło, to może tworzyć historię, nową i właściwie jedynie słuszną.

I tak o to narasta konflikt. Mój i najbliższej rodziny MMŻ.
Bo jak chcę to posyłam dzieci do prywatnego dentysty, bo wiem, że kiedy należy leczyć zęby, to od najmłodszych lat trzeba to robić dobrze,
aby w przyszłości nie kończyć jak MMŻ, który leczył zęby tam gdzie polecała mu mama, bo bezpłatnie. A teraz przez rok naprawiamy te błędy.
Bo uważam, że jeśli syn chce, to powinien zdawać do szkoły poza miasteczko, w którym mieszkamy, bo w mieście królów, ma lepszy start. I choć dzięki temu może jedynie zyskać nie stracić, a od tego jak do tego podejdzie zależy jego własna przyszłość, uczy go to zwyczajnie samodzielności i dorosłości.
A ta jedynie zaprocentuje w przyszłości i krzywdy samemu jemu nie zrobi.
Bo jeśli uważam, że nie można być całkowicie zależnym jedynie od słowa
i zdania własnych rodziców, potwierdza jedynie słowa przekazane mi przez ojca, że dorosłość świadczy o tym, czy potrafisz podejmować samodzielnie decyzje, ponieść ich konsekwencje i udźwignąć ich ciężaru błędu.
Nie da się wyręczać ciągle rodzicami, zdradzając sekrety własnego życia,
bo okazuje się, ze twojej rodziny nie ma, a ta zgromadzona, jest zwyczajnie większa niż ta prawidłowa. Czyli do przysłowiowej czwórki doliczasz rodziców, szwagra, siostrę itp.

Rodziną można być, można wspólnie wypić kawę, podzielić się sukcesami dzieci, obgadać sąsiadkę z piętra niżej, bądź też wymienić się adresami najlepszych sklepów z ciuchami, telefonami do najlepszej w mieście fryzjerki
i takie tam.
Rodzinnie zaś w moim domu, mogę rozmawiać o właściwym postępowaniu
i wychowaniu dzieci, o tym w co wierzę, do czego jestem przekonana, czego oczekuję od partnera, gdzie wyślę syna i córkę do szkoły, jakich oczekuję
od nich postępowań  i zachowań i kyrwa guzik innym do tego.
Jeśli zatem postrzegasz pojęcie rodzina inaczej niż ja, od razu wiedz,
że powstanie konflikt. Konflikt interesów w mojej rodzinie.
Bo ty nie jesteś jej członkiem więc wypad.

Szwagier zaś podczas spotkania powiedział mi, że winnam dostosować się jako siła napływająca do zasad obowiązujących w rodzinie, gdzie wszyscy ze sobą sypiają, dzielą kuchnię i jadalnię. Każda jedna decyzja winna być obgadana na forum i nie może uciec gremium rodzinnemu.
Nie.
Szwagier posądza mnie o to, czego nie powiedziałam i nie zrobiłam i jest to dla mnie uwłaczające, ale w końcu kiedy zamknę drzwi domu odpowiadam tylko co robię tam i przy świadkach.
Szwagier mówi do MMŻ, że ten się zmienił pod moim wpływem, a pewnie wszystko co teraz robi po nowemu i absolutnie niezrozumiale dla szwagra, robi z względu na mnie i z miłości do mnie więc winnam być zadowolona.
Szwagier rzuca się do mnie słówkami i gestami w miejscu publicznym, dając tak na prawdę świadectwo siebie i swojego wychowania, które traktuje jako jedynie właściwe i słuszne.  Stara mi się powiedzieć jak żyć, czyli narzucić mi właśnie taki sposób na rozwiązywanie problemów rodzinnych.

Myślę sobie jednak, że ta rodzina ma problem, którym nie jestem ja,
a jedynie ja im go uzmysłowiłam i boleśnie chce go zmieć, pozbawiając ich tlenu, czyli wiedzy o mnie samej i mojej rodzinie.

Bo jeśli oni nie wiedzą tego, czego ja im nie chcę powiedzieć, jeśli nie mogą wpłynąć na moje podjęte decyzje, nie mogą narzucić mi swoich rozwiązań,
to takie życie zdaniem nich jest kompletnie bez sensu.
A ja chcę im powiedzieć, że moje życie ma sens. Bo jest w nim MMŻ, córka
i syn i jest mi z tym kyrwa cholernie dobrze.

Nie każe Wam mnie kochać, nie karzę Wam mnie lubić, ale musicie się kyrwa nauczyć żyć z tym, że MMŻ kocha mnie i jest mu ze mną cholernie dobrze.
Ufa mi i wie, że nie chcę dla niego ani dla syna niczego złego, a jeśli bywam nieprzejednana, to w końcu wychodzi na jaw, że często miewam rację.
Potrafię się przyznać, że nie jestem nieomylna i czasem podejmuję błędne decyzje. Ale mówię o tym otwarcie i nie kryję przed MMŻ ważnych faktów, takich jak długi, wierzyciela itp.

Szwagier niech odda długi, niech skupi się na wychowaniu swojego syna,
a do tego porozmawia ze swoją siostrą plotkarą, skupiając też uwagę na swojej żonie, a niekoniecznie koleżance, a może wtedy się okaże, że kłopoty o których mówi nagle zaczną rozwiązywać się same.
Szwagier niech się odstosunkuje od mojej rodziny i niech zostawi moją rodzinę w spokoju. Bo wierzcie mi nie ręczę za siebie,  jeśli ktokolwiek nadepnie mi na odcisk i będzie starał się moja rodzinę wrzucać w ramy własnych przekonań.

Nie mówcie mi jak mam żyć.

Kyrwa, nie wy jesteście tu gdzie ja i nie wy zbierzecie laury bądź grzmoty.
Guzik wam do tego. Wara.

Bo moja rodzina, jest moją i won!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.