z serii Pasi Kasi „Ty masz 12 lat.”

No i stało się. Małe różowe drące się maleństwo zamieniło się w pyskatą i jedyną w swoim rodzaju dwunastolatkę.
Kiedyś cudownie uśmiechnięte, w zasadzie mało humorzaste dziecko oddało miejsce Księżniczce Le Dąs.

Przyszła na świat w niezłych bólach i dając matce popalić przez 26 godzin, drąc się wniebogłosy zawitała na oddziale noworodkowym w lany poniedziałek.
Od tamtej pory wywala świat do góry nogami, czasem pozbawia tchu, czasem ręce przy samej podłodze, ale głównie, to dzięki niej jestem tu gdzie jestem.

Trzyma mnie na powierzchni i daje sens, odkąd jej ojciec postanowił odebrać sobie życie. Zabija swym słodkim uśmiechem wszelkie smutki.
Wkurza, kiedy strzela swoje dąsy i fochy, coraz częściej niestety. Zaskakuje właściwie wszystkim na każdym kroku, ale najfajniejsze jest to, że jest moją córką od 12 lat.

Kurde zleciało, nawet nie wiem kiedy. Pojawiła się tuż przed moją trzydziestką, planowana, właściwie na miejscu. Jednak to co wywołało jej pojawienie się to jakaś burza zdarzeń, niekoniecznie planowanych.
Niedługo potem okazało się, że jej ojciec jest hazardzistą, wielkie uczucie pomiędzy nim a mną zaczęło gasnąć, pojawiły się kłopoty finansowe, potem samobójstwo, borykanie się z dniem codziennym we dwie, choróbska, kłopoty ze zdrowiem, bolączki sercowe i zagubione myśli. I kiedy świat w zasadzie stał się zwyczajny, pojawili się oni. Faceci naszego życia, z którymi teraz dzielnie stawiamy czoła temu co nas spotyka.
Pewnie, że we czwórkę lepiej i raźniej i choć wcale nie łatwiej, to jednak weselej.

Córcia w przeciwieństwie do syna, to żywioł, którego trudno utrzymać na uwięzi i myślę, że do końca nie da jej się ujarzmić.
Czasem przypomina mi plazmę zamkniętą w kuli.
Nieobliczalna, żywiołowa, zmienna i fascynująca.
Akrobatyka, to jej życie i pasja. Poświęciła jej kolejne 5 lat. Ciężko trenuje, licząc powolne i trudne do osiągnięcia postępy. Dzięki jej zaangażowaniu i oddaniu sprawie, jest tu gdzie jest i choć może brakuje jej odrobinę szczęścia, to każdy jeden, mały, maleńki, czy większy sukces, to w 99% jej ciężka praca.
Trzymam kciuki, aby nie odpuszczała, bo dzięki treningom, obowiązkom, ogarnia codzienność, czasem lepiej niż my.

Wkurza mnie ostatnio bardziej niż zwykle, bo zaczyna swoje dąsy, fochy, krzyki i inne dźwięki trenować na nas, począwszy od brata, na tacie skończywszy. Ale umówmy się, że MMŻ, a jej obecny tata, najczęściej wpada w szpony słodyczy jej oczu, brat też ma do niej rodzaj słabości, jak zresztą wszyscy którzy ją poznali.
Ja jednak jako matka, jedyna najmądrzejsza, wiem jednak jaka jest naprawdę i uwierzcie mi proszę!! Nie jest święta. To diabeł wcielony.

Choć tu przechodzimy do meritum sprawy, a mianowicie, ja jestem Wiedźmą, zatem ona jest czarownicą i możecie teraz się śmiać, ale ona coś w sobie z tego rodzaju kobity ma.
Są takie dni, że kładąc się obok niej, kiedy nie kręci się jakby miała „… coś tam w d…..ie”, po chwili leżenia spływa na was tak obezwładniająca moc usypiania i uspokojenia, że nawet nie będziecie wiedzieć kiedy jej siła, tej ukrytej mocy zniewala was, pozbawia energii i jakichkolwiek chęci do gwałtownych ruchów.
A co ciekawe, najlepiej jej to wychodzi, jak dzieli narożniczek z tatusiem, oglądając telewizję.
I bynajmniej leżenie na narożniku, ani telewizja nie sprawia że nieruchomieje, ale obecność tatusia.

Córuś wszystkiego najlepszego. Życzę Ci przede wszystkim tego, abyś była jaka jesteś, mimo wszystko. Abyś zaskakiwała i dawała codziennego kopa do działania. Jestem tu gdzie jestem dzięki Tobie i dziękuję Ci za to.

MMŻ dziękuję za to, ze uznał ją za swoją i kocha jak swoją. W końcu miłość do dzieci formalnie nieswoich, to chyba największe wyzwanie jakie nas spotkało.

Dlatego raz jeszcze….

Sto lat Gówniaro Kochana!! Sto lat!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.